Poniedziałek nadszedł nawet nie wiem, kiedy i pod
bacznymokiem moich wampirzych opiekunów zostałem odwieziony do domu
Marka, a właściwiejuż mojego. Nic się tam nie zmieniło, może prócz tego,
że po korytarzachkrążyło sporo nowych twarzy. Raphael zaprowadził mnie
do byłego gabinetu Marka,gdzie czekał już na mnie Alexander. Już po
pozie, w której siedział wiedziałem,że nie odbędzie się bez całej góry
wyrzutów.
- Tu są dokumenty,przeczytaj i podpisz – powiedział bardzo zimno.
- Jakie dokumenty? -uśmiechnąłem się do niego niewinnie.
- Jak to, jakie? Te,w których Mark ucznia cię głównym wspólnikiem i prezesem firmy.
- Naprawdę muszę? -spytałem
płaczliwie, myślałem, że mój to i niewinna minka sprawią, że onzacznie
traktować mnie troszkę cieplej.
- Nie mnie o tymdecydować. –Jednak nie pomogło.
- Bardzo jesteś namnie zły? – zmieniłem temat
- Lepiej nie pytaj.Czy ty wiesz, co my tutaj przechodziliśmy? – wrzasnął tak, że pewnie słyszeligo w drugim stanie
- Domyślam się. – Wpakowałemmu się na kolana
- Jesteś okropnyGabrielu – westchnął przeciągle
- Wiem. – Pocałowałemgo w nos i uśmiechnąłem się zadziornie
- Podpisz, a ja
wmiędzyczasie wytłumaczę ci od strony legalnej działanie domu. – Wcisnął
mi wdłoń dokumenty i zepchnął mnie z kolan.
Chwyciłem je iusiadłem po stronie biurka, za którą zawsze widywałem Marka. Czułem się dziwniezajmując to miejsce… jego miejsce.
Słuchałem wykładubardzo
dokładnie, bo bałem się, że przez moje niedbalstwo coś pójdzie nie
tak,że znów się na mnie zawiodą. Wszystko okazało się być bardziej
skomplikowanieniż sądziłem. Nawet układanie głupiego grafiku było niemal
wyczynem nie do wykonania,dobrze, że mogłem liczyć na pomoc znajomych.
Ludzie w domu szybko przyzwyczailisię do nowych władz. Ja jednak nie
potrafiłem pogodzić się z przeszłością. Nieumieściłem nikogo w pokoju
Chrisa, bo nie umiałem. U Bachusa odbębniałem swojei wiałem stamtąd,
gdzie pieprz rośnie. Życie stało się pasmem niekończących sięobowiązków,
które męczyły mnie w dzień i w nocy.
Przechadzałem siękorytarzem
domu próbując wytypować, które z tych dzieci nadaje się najbardziejdla
wampirów. Musiałem wybrać dwójkę – chłopca i dziewczynkę. Nie było to
łatwezadanie, gdyż nie chciałem wybierać żadnego. Poza tym odpowiedni
kandydatmusiał umieć dotrzymać tajemnicy, być posłuszny, nie utrzymywać
głębszychkontaktów z resztą domowników. Wybór padł na Justina i
Veronice, to Raphaelzdecydował nie ja. Prawdę mówią starałem się nie
podejmować samodzielnieżadnych decyzji. Szybko pojawiły się u mnie
kłopoty ze snem, w pewnym memencieprzestałem w ogóle sypiać.
Całymi nocamiprzesiadywałem w pokoju mojego aniołka, sądziłem, że nikt o tym nie wie, aż doczasu, gdy znalazł mnie tam Vladimir.
- Wiesz, że nie możesztak egzystować. – Podniósł moje półprzytomne ciało z podłogi i posadził mnie najego łóżku.
- Mogę i jak widziszrobię
to. – Warknąłem do niego, nie chciałem, by mi ktoś przerywał,
chciałemspokoju, choćby w nocy, ale nawet to siłą mi odbierano.
- Jak długo będzieszmógł? – spytał łapiąc moją głowę w dłonie i tak nią kierując, że wpatrywałemsię w jego oczy.
- Nie wiem. – Niechciałem o
tym gadać – Zresztą to wy mnie tu przywieźliście. Czego
sięspodziewaliście? –wypaliłem nie myśląc, zresztą chyba nie byłem w
staniemyśleć.
- Jeśli chodzi o mnieto ja
bym cię zostawił tam gdzie byłeś, ale Bachus i Mark chcieli inaczej.
–WarknąłVladimir, a ja w jego oczach ujrzałem zawiedzenie i ból, czy to
ja powodowałemte emocje, czy naprawdę musze wszystkich krzywdzić?
- Ale ja niechciałem! – wrzasnąłem przerywając mu –nie chciałem, chciałem, żyć dalej izapomnieć o tym wszystkim.
- Zapomniałeś? Udało ci się tam na plaży zapomnieć?
Udało cisię wymazać z pamięci wszystkich tych, którzy cię kochają? Z
reszta nie odpowiadaj,bo nie chce wiedzieć, później nie mógłbym
Raphaelowi spojrzeć w twarz, po tym,co przeżył, gdy zginałeś bez wieści.
- Nie udało, tak naprawdę nie udało się, ale tam wszystkobyło łatwiejsze.
- Łatwiejsze –przerwał mi –bo martwiłeś się tylko o
swójtyłek, zresztą jak zawsze, ty mały egoistyczny dupku. Nawet ci
przez myśl nieprzejdzie pomartwić się kimś jeszcze poza tobą. A teraz
będziesz musiał.
- Ja nie chce. –Zapłakałem.
- Ja wiem o tym, aż
nazbytdobrze. To Mark się uparł, powiedział, że tylko ty jeden zajmiesz
się domem jaknależy. Zaopiekujesz się nimi wszystkimi jak on sam.
–Słyszałem drwinę w jegoglosie, gdy to wypowiadał.
- Ja…Ja… – JakMark mógł pokładać we mnie taką nadzieję, przecież ja się do tego nie nadawałem?
- Ja byłem za tym,aby
wyznaczyć kogoś innego, ale on i Raphael uważali, że nie ma
nikogolepszego, zaufałem im, ale chyba się pomylili. Jesteś zbyt
zadufany w sobie,żeby przejmować się kimś innym. – Wymierzył mi
policzek, po czym zniknął zpokoju nie dając mi czasu na odpowiedź.
Wiedziałem, że marację, że
on, jako jedyny powiedział mi to w twarz. Wiedziałem także, że muszęcoś
zrobić, by nie zawieść zaufania tych, którzy kochali mnie tak mocno.
Tobyła bezsenna noc pełna przemyśleń i planów. Tuż przed świtem wstałem
izabrałem się do pracy. Trzymając się rad Raphael ułożyłem grafik na
następnymiesiąc, co wcale nie było takie trudne, jak się okazało.
Później zająłem sięzaopatrzeniem domu. Trzeba było zamówić nową pościel,
sprzęty, ciuchy ioczywiście pożywienie. Przejrzałem
aktawszystkich -teraz już moich podopiecznych oraz listę klientów i
porównałempreferencje. Wiedziałem już, kogo komu podesłać, by każde
oczekiwanie byłospełnione. Na popołudnie umówiłem się z krawcem, który
uszył mi piękne ciuchy,które podkreślały moje walory nie odbierając mi
jednak pozytywnego wyglądu.Powoli zaczynałem rozumieć, że wszystko, co
robię ma głębszy sens i znaczenie,że każda moja decyzja jest, jak być
albo nie być dla wszystkich mieszkańcówdomu. Kolejne tygodnie zajęło mi
napisanie budżetu na cały następny rok.Vladimir nic nie mówił, ale
wiedziałem, że się cieszy ze zmiany, jaka we mniezaszła. Dopiero po
trzech tygodniach pozwolono mi się spotkać z Markiem, byłoto w tym samym
dniu, kiedy po raz kolejny oddałem daninę Bachusowi. Powoli
zapominałem,co mi zrobił. Bachus był mistrzem nie tylko wampirów, ale
także w sztucemiłosnej. Rozkosz, jaka ogarniała mnie przy każdym razie,
gdy we mnie był niedało się opisać słowami, może bardziej wrzaskami,
jakie rozchodziły się pocałym domu za każdym razem. Bachus po dłuższej
chwili odpoczynku ubrał mnie i zaprowadziłkorytarzem i schodami do
lochów. Na samym końcu cuchnącego korytarzyka, któregościany pokrywała
pleśń i pajęczyna znajdowały się olbrzymie, solidne, dębowedrzwi
uwieszone na mosiężnych, rzeźbionych w lilie zawiasach. To za
nimisłychać było okropny hałas przypominający skrobanie. Niepewnie
podążyłem zastarym wampirem, gdyż nie wiedziałem gdzie i po co mnie
prowadzi.
Wyciągnąwszy dużyklucz z
przepastnej kieszeni burgundowego płaszcza otworzył drzwi. Za
nimiujrzałem widok, który odebrał mi dech w piersi. Jakaś istota w
łachmanachpróbowała zerwać się z łańcuchów, które skutecznie
przymocowywały ją do ściany.Nie mogłem uwierzyć, że to zwierze z mordem w
oczach to Mark. Wyglądałprzerażająco, spieniona maź spływała mu po
brodzie brudząc jeszcze bardziejłachmany, w których był, oczy aż
świeciły czerwienią, skóra zaś miała zgniło -zielony kolor. Patrzył na
mnie jak na obiad, co przeraziło mnie dogłębnie.
- Co mu jest? -chciało mi się płakać, ale skutecznie się powstrzymywałem.
- Tak wygląda każdyzaraz po
przemianie. No, jeśli oczywiście przeżyje. – Powiedział ze
spokojemBachus jakby taki obraz człowieka, którego znałem i kochałem był
dla niego nicnieznaczącym widoczkiem.
- Ale on z tegowyjdzie? – drążyłem przerażony
- Ależ oczywiście
-uśmiechnął się do mnie, po czym niemal ojcowskim gestem przygarnął mnie
dosiebie – Nie wiem ile to jeszcze potrwa, ale w końcu stanie się
prawie taki,jaki był przedtem
- A co będzie jak sięnie stanie? –spytałem przerażony, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.
- To prawie niemożliwe. –Słyszałem zawahania w jego głosie, co wcale nie sprawiło, że poczułemsię pewniej.
- Prawie?
- Czasami zdarzająsię takie
wypadki, ale bardzo, bardzo rzadko, wtedy nie pozostaje nic innegojak go
niestety zabić. –Odparł i spojrzał na Marka z czułością, jakiej w
życiubym się po nim nie spodziewał. Marko spojrzał na niego przez moment
się uspokajać,poczym na powrót ze zdwojoną siła zaczął szarpać za
łańcuchy.
- Zabić? Tak na amen?–nie chciałem by Markowi cos się stało, chciałem, by znów był moimprzyjacielem, moim bratem, ojcem.
- On jest ja zwierze,a
właściwie nawet gorzej, bo zwierze nie skrzywdzi swoich bliskich.
–Odparł zesmutkiem Bachus. –Musimy po prostu to przeczekać.
-Ale z Markiem taknie będzie? Nie zostanie potworem na zawsze. –Wtuliłem się mocniej w płaszczwampira.
- Gabrielu każdy znas jest
potworem i pamiętaj o tym i nigdy nie zapominaj. A odpowiedź na
twojepytanie, to nie, nie powinno, bo bardzo długo miał kontakt z naszą
krwią,przemiana nie była dla niego szokiem. Poza tym sam go przemieniłem
dając mu odsiebie tyle ile tylko się dało. Jeśli wszystko będzie dobrze
to stanie się bardzopotężny.
- Będzie twoimtowarzyszem?
- On już jest
moimtowarzyszem, od bardzo wielu lat, czekałem tylko aż osiągnie
odpowiedni wiek.Od kiedy go ujrzałem wiedziałem, że to on.
- Miłość odpierwszego wejrzenia – uśmiechnąłem się do niego
- Troszkę inna zasada,ale
efekt ten sam – odwzajemnił uśmiech – Już niedługo znów będzie mógł
byćkoło mojego boku – powiedział to, ale ja w jego oczach ujrzałem jakby
obawę,mimo że nie wiedziałem, czym się martwi, ujrzałem, że nie jest ze
mną do końcaszczery.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz