– Szkoda, że wtedy nie zginął. Zresztą, jak to możliwe, że zwykłym
seksem tak go rozharatał? – spytał Alex, jednak Mark nie zdołał mu na to
odpowiedzieć do pomieszczenia ktoś wszedł natychmiast zamykając usta
Marka.
– Doktorze, czy już coś wiadomo? – dzięki Alexowi dowiedziałem się kto wszedł do pokoju.
Mężczyzna przez dłuższą chwilę nic nie mówił, słyszałem tylko dźwięk obracanych stron, lekarz zapewne zaglądał do mojej karty.
–
Jego stan jest stabilny, ale wdało się zakażenie do ran w odbycie, nie
jesteśmy pewni, czy wszystko zagoi się zgodnie z planem, dostaje silne
antybiotyki, dlatego wciąż śpi. – przerwał na dłuższą chwilę, nabierając
głośno powietrza do płuc. – Radziłbym się przygotować na to, że
chłopiec raczej nie wróci już do zawodu.
Mark podszedł do mojego łóżka i pogłaskał mnie po włosach.
–
Jest pan pewien, że Gabriel będzie niezdolny do pracy? Nic nie da się
zrobić doktorze? – spytał z nadzieją w głosie, delikatnie przeczesując
kosmyki moich włosów.
– Rany są dość głębokie, jeśli zagoją się bez
blizn to jest szansa, inaczej było by zbyt wysokie prawdopodobieństwo,
że podczas penetracji ścianka odbytu pęknie i chłopiec po prostu się
wykrwawi. – mówił tak strasznie poważnie, jak tylko potrafią to robić
lekarze, gdy stwierdzają, że trzeba przygotować się na najgorsze.
Mark
westchnął głośno, jeszcze raz pogłaskał mnie po włosach, po czym usiadł
na krześle, koło mojego łóżka. Usłyszałem kroki, a potem dźwięk
otwieranych i zamykanych drzwi.
– Jak oni w ogóle tak mogli,
przecież po tym co mu ten brutal zrobił, to i potwór nie będzie mógł się
bawić, nawet gdyby mały przyjął jego propozycję. zbulwersował się
Alexander.
– On chyba nie wiedział co robi najmując tego faceta. – znów delikatnie przeczesał moje włosy.
–
I co? Co z nim zrobisz? – zaskoczyło mnie pytanie Alexandra, do tej
pory nie pomyślałem o swojej przyszłości. Z wielką niecierpliwością
czekałem na odpowiedź Marka, która bardzo długo nie następowała, dopiero
po chwili powiedział:
– Z pewnością go nie wyrzucę, może zatrudnię
go na recepcji, jest słodki, będzie tam pasował. – pogłaskał mój
policzek, ale widziałem, że jestem dla niego zmartwieniem, że gorączkowo
myśli, co tak naprawdę ze mną zrobić, nie chciałem mu przysparzać
kłopotów, przecież był dla mnie taki dobry, był moją rodziną, jedyną
jaką teraz miałem. Szybko jednak zmienił temat, by uniknąć dalszych
niewygodnych pytań. – Lepiej chodź na kawę, bo sterczenie tutaj i tak
nic nie zmieni.
Wyszli, a ja zostałem sam, chciało mi się płakać. Czyżbym zakochał się w prawdziwym potworze?
Raphael przyszedł pół godziny później, a ja nadal nie potrafiłem się uspokoić.
– Co się stało Kruszyniaczku? – spytał zaraz po tym jak wszedł do pokoju.
– Nic. – odpowiedziałem zapłakany.
–
Jeśli tak bardzo cierpisz, pójdę po pielęgniarkę, żeby dała ci coś
przeciwbólowego. – chciał podbiec do mnie, a moje słowa zatrzymały go w
pół drogi.
– To prawda? – spytałem tłumiąc szloch.
– Co? – spytał jakby nie zrozumiał, choć byłem pewny, że dokładnie wie o co mi chodzi.
– To że nie wrócę już do zawodu? – uściśliłem.
– Raczej tak. – powiedział smutno.
To
powiedz Markowi, żeby się nie kłopotał, mam już piętnaście lat,
poszukam sobie pracy gdzie indziej, bo przecież ta cała sytuacja wynikła
z mojej winy.
– Jak to z twojej? Co ty opowiadasz?
–
Powinienem stanowczo odmówić Luisowi i nie wolno mi było się w nim
zakochiwać. Nic by się nie stało gdybym zachowywał się profesjonalnie.
– Nawet tak nie mów. Zresztą nie wiadomo czy to wina Nosferatu. Mark nie może mu tego udowodnić.
– Ale sądzi, że to on. Pewnie nawet mi się to należało, zraniłem jego uczucia.
–
Jak nie przestaniesz tak gadać to sam cię tu zaraz zerżnę. To nie była
twoja wina, a ten facet zrobił ci najgorsze świństwo na świecie.
Właściwie czemu nie krzyczałeś, czemu nie przerwałeś, ktoś z pewnością
by usłyszał i ci pomógł.
– Bo to był normalny seks…
– Normalny?
Facet nie wybił ci o mało drugiej dziury, a ty to nazywasz normalnym?
Czy ja cię tego uczyłem? – spytał ostro, aż się nie spodziewałem po nim
takiego wzburzenia.
– Przepraszam, ale za bardzo bolało, żebym mógł myśleć. – rozpłakałem się jeszcze bardziej.
– No, już dobrze mały.
Wtedy do pokoju weszła pielęgniarka, ujrzała moją zapłakaną twarz, nie zwracając w ogóle uwagi na Raphaela zaczęła mówić:
–
Jeśli cię tak bardzo boli, to wystarczy nacisnąć ten guzik, a ktoś
przyjdzie i poda ci leki. – powiedziała wkładając mi w dłoń plastikowy
przycisk. Sama zaś podeszła do kroplówki, po czym wyciągnęła z kieszeni
fartucha strzykawkę i jej zawartość wstrzyknęła do woreczka z kroplówką.
Nim jeszcze dobrze zdążyła się obrócić poczułem się senny. Jeszcze
zanim ta szczuplutka pani w białym kitlu, z twarzą małego elfa odsunęła
się od stojaka z kroplówką zasnąłem. Nie słyszałem jak wychodziła z
pokoju. Mój sen nawiedziły koszmary, wyolbrzymione wspomnienia z
przeszłości i przeraźliwe wizje przyszłości, albo raczej pustki, która
ją zastąpiła. Obudziłem się przerażony i piekielnie spocony, chciwie
wciągałem powietrze do płuc, by uspokoić choć trochę swoje szaleńczo
pędzące serce. Na dworze panował mrok, Raphael spał na krześle obok
łóżka. Koc zsunął się z niego na podłogę, a on sam drzemał z otwartymi
ustami pochrapując cichutko, wyglądał tak spokojnie. Chciałem, by i mi
udzielił się jego spokój, ale nie było mi to dane, w mojej głowie
panował chaos. Wyciągnąłem igłę z przedramienia i ostrożnie wstałem z
łóżka, ból pojawił się nagle, był rozrywający, ale realny, uspokoił
trochę skołatane nerwy. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, nie chciały
stać prosto, tylko się pode mną uginały. Nie byłem pewien co chce
zrobić, po prostu parłem do przodu. Dopiero przy drzwiach się
obejrzałem. W przyciemnionych światłach pokoju ujrzałem jeszcze profil
Raphaela, uśmiechnąłem się do niego, to miało być pożegnanie. Dopiero po
chwili ujrzałem ścieżkę z krwi ciągnącą się za mną od łóżka, na jej
widok na mojej twarzy wykwitł jeszcze większy uśmiech. Teraz nie
musiałem tego robić sam, mój organizm sam chciał mnie wyręczyć od tego
haniebnego, a zarazem zbawczego czynu. Robiło mi się coraz słabiej,
szedłem opierając się o ścianę, ale i ona przestawała być dla mnie
stabilnym podparciem. Moim celem stały się duże drewniane drzwi na końcu
korytarza. Każdy krok był katorgą, ból odbierał mi dech w piersiach,
czułem, jak strumyczki krwi spływają po moich nogach. Czułem się taki
niepotrzebny, nie chciałem być znów ciężarem dla kogoś. W mojej głowie
widniał wielki napis „NIEPOTRZEBNY”. Słyszałem w głowie słowa wuja: „Do
niczego się nie nadajesz!”, „Niczego nie potrafisz zrobić porządnie!”,
„Najlepiej jakby cię nie było!”. Cieszyłem się, że nareszcie spełniam
jego wolę, po raz drugi, tym razem jednak ostateczny, dla nikogo nie
będę już ciężarem, znów będę z rodzicami, nikt nie będzie musiał mnie
znosić. Myśli te dodawały mi sił, gdyby nie one, pewnie nawet nie byłbym
wstanie wstać z łóżka, parłem do przodu, krok za krokiem. W końcu
złapałem za klamkę, modliłem się by drzwi były otwarte. Opierając się o
drugą część drzwi uchyliłem jedną stronę i wślizgnąłem się do środka, od
razu uderzył mnie zapach palących się świec i stęchlizny. Spojrzałem na
ołtarz na którym stał krzyż, a na nim umęczony mężczyzna, który dla
wielu był bogiem, dla mnie był kolejnym przejawem walki ludzi z
nieuniknioną śmiercią, której teraz tak pragnąłem. Zamierzałem przejść
jeszcze kilka kroków, ale upadłem. Ból wyrwał mi dech z piersi, świat
zawirował przed oczami. Ostatkiem sił zmusiłem się do wstania. Byłem tak
blisko celu, a zarazem tak daleko. Krok i pokój jakby się przedłużył,
krok i kolejny, i znów upadłem, nie miałem siły już wstać. Zacząłem się
czołgać po ziemi. Udało się. Położyłem głowę na schodku wyłożonym
miękkim czerwonym dywanem. Uśmiechnąłem się jeszcze do postaci anioła
stojącej w bocznej nawie kaplicy. Wydawało mi się że popatrzył na mnie
smutno. Nim zemdlałem usłyszałem jeszcze przerażony krzyk Raphaela i
zdenerwowany głos Marka wrzeszczący na kogoś. Potem była już tylko ta
obezwładniająca ciemność i ból nagle zniknął… nie było już nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz