Rano wstałem przed Markiem, wziąłem kąpiel i
założyłemgarnitur. Zamówiłem telefonicznie kwiaty. Uczesałem włosy w
kitkę i zszedłem nadół. Siadłem przed telewizorem i zacząłem skakać po
kanałach, po chwiliprzysiadł koło mnie Jared. Bez słowa mnie przytulił, a
ja wyłączyłem telewizor.Siedzieliśmy koło siebie nie odzywając się. Te
wszystkie proste czynnościzdawały mi się tak irracjonalne, ale gdybym
nie wykonywał ich tak machinalnie,chyba w ogóle nie byłbym w stanie się
ruszyć. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi.Kurier widząc co dostarcza,
przybrał minę, która chyba miała wyrażać jego żal zpowodu mojego
cierpienia. Nigdy nie rozumiałem tego gestu, po co ludzie, którzynigdy
nie znali danej osoby, którzy nigdy nie znali nawet cierpiących,
nagletwierdzą, że wiedzą co człowiek czuje i zapewniają, że wszystko
będzie dobrze,skoro już nigdy nie będzie. Miałem ochotę krzyczeć, ale
jedynie zapłaciłem zawiązankę.
Odebrałem kwiaty w momencie, w którym Marek
schodząc zeschodów wiązał krawat. Na ręce trzymałem tuzin niebieskich
róż, a między nimitą jedną wyjątkową…czarną. Obciąłem końcówkę i
wsadziłem ją sobie w klapkęmarynarki. Mark podszedł i ucałował mnie w
czubek głowy.
- Nie powinieneś jechać. -Nie zareagowałem, tylko stałemnieruchomo wpatrując się w kwiaty.
Nie pojechałem z Markiem, to Jared podjął się opieki nade
mną. Na tylnym siedzeniu byli Patrick,który wczoraj wyszedł ze
szpitala, Luiza i Marry. Nikt się nie odzywał, to byłodla mnie
odpowiednie obecnie towarzystwo.
Na pogrzebie był cały dom łącznie z tymi, którzy
jużpokończyli umowy. Wszyscy mnie pocieszali i tulili, a ja stałem jak
posąg, niepotrafiąc odpowiedzieć w żadne sposób a te gesty, w większości
sztuczne iwymuszone, połowy tych ludzi nie znałem ja, a co dopiero
Chris.
Nie spodziewałem się zobaczyć tu wampirów, a jednak
sięmyliłem, był niemal cały sabat z Bachusem na czele. On jako jedyny
niepocieszał mnie, ale powiedział coś co podniosło mnie na duchu
bardziej niż tewszystkie współczujące słowa:
- Przynajmniej masz nadzieję, że jeszcze go
spotkasz, bomnie nigdy nie będzie dane zobaczyć tych wszystkich, którzy
umarli przez wieki,a których tak bardzo kochałem. –pogładził moje plecy,
a ja miałem irracjonalnąpotrzebę wtulenia się w jego płaszcz, jednak
pohamowałem się, a może to moje ciałonie zareagowało na potrzebę umysłu.
To była piękna ceremonia, ksiądz przemawiał tak, że
nawetumarły zacząłby płakać, gdyby mógł. Podszedłem do czarnej skrzyni
stojącej napiedestale i obecnie obłożonej kwiatami. Wszyscy patrzyli jak
otwieram plecak, któryze sobą przyniosłem. Włożyłem do trumny jego
misia, zdjęcie z mamą, to z ojcem,na którym był szczęśliwy, nasze
wspólne, moją koszulkę, którą wąchał, gdy mnienie było w pobliżu.
Ściągnąłem mu z szyi krzyżyk, z którym nigdy się nierozstawał i go
założyłem. I ze słowami : „Zawsze będę Cię Kochał” ucałowałemjego zimne
usta. Po czym wróciłem na miejsce. Tylko ja nie płakałem, nawetwampiry
trzymały ciemne chusteczki przy oczach by nikt nie zobaczył ichkrwawych
łez. Zostałem do końca. Patrzyłem jak spuszczają go do grobu, a
potemdziurę nakrywają płytą. Zakopać go mogli dopiero za dwa dni, tak
jak nakazywałoprawo. A ja tam siedziałem i patrzyłem. To Bachus po mnie
przyszedł, bez mojejzgody dźwignął mnie z ziemi i zawiózł do domu. Nie
zważając na stypę zaniósłmnie do mojego pokoju. Rozebrał
z jużbrudnego garnituru i położył do łóżka. Nikt mnie nie odwiedził,
ale chyba takbyło lepiej. Wspominałem cudowne chwile, gdy byliśmy razem,
nie chciałem ichzapomnieć. Tak bardzo chciałem by Chris żył, by był
blisko mnie.
Nie pozwolono mi zostać w domu już drugiego dnia
wieczoremBachus we współpracy z Markiem wyekspediował mnie na „wakacje”.
Nie podobało misię to. Zaraz po poniedziałkowym badaniu wylądowałem na
plaży w towarzystwiedwóch wampirów i mojego byłego opiekuna. Nie
chciałem tam być, chciałem być wdomu, mieć zajęcie, nie myśleć, jednak
oni mi tego odmówili. Z każdym dniem,mimo że bardzo ich kochałem
zaczynałem coraz bardziej ich nienawidzić.
Amadeo spędzał ze mną noce w jednym łóżku, ale nie
dawał mitego, czego najbardziej potrzebowałem. Mimo, że go kusiłem,
prowokowałem nieuprawiał ze mną seksu. Miałem dość przytulania,
pocieszania, niańczenia.Trzeciego dnia mojego pobytu u Vladimira
postanowiłem się wybrać na spacer.Wolnym krokiem przemierzałem plaże,nawet
nie zwróciłem uwagi jak słońce zaszło, moje myśli zaprzątały
wspomnieniaz blondwłosym aniołem. Siadłem przy sporym ognisku, które
płonęło na plaży, niezainteresowałem się tym, że ktoś je musiał rozpalić
i że pewnie jest gdzieś wpobliżu. Bezmyślnie wpatrywałem się w
trzaskające płomienie, od razu stanął miprzed oczami wybuch auta, a
potem martwy Chris leżący na stole operacyjnym zrurką w ustach. Zacząłem
płakać, przed tym otaczając ramionami nogi, oparłemczoło o kolana tak,
że moje włosy zasłoniły cała twarz. Kiedy w końcu atakprzeszedł i
podniosłem głowę zobaczyłem, że w koło ogniska siedzi pięciumłodych
facetów. Byli serferami, stwierdziłem to nie dlatego, że obok leżałyich
deski –choć leżały, ale do stwierdzenia tego faktu wystarczył mi
ichwygląd. Skóra zniszczona słońcem i słoną wodą. Długie skołtunione
włosy, no ioczywiście mieli na sobie porozpinane do połowy pianki. Ten z
nich, którygrzebał w ognisku patykiem spytał mnie:
- Coś się stało?
- Tak. Świat mi się zawalił. –mój głos był pusty i
zimny,jednak już mi to w ogóle nie przeszkadzało, chyba na niczym mi już
niezależało.
- Możemy ci jakoś pomóc? Jeśli ktoś zrobił ci krzywdę, togo… –odezwał się wojowniczo jeden z nich.
- Moja miłość zginęła w zeszłym tygodniu w wypadku
samochodowym.Możecie coś na to poradzić? –nie wiem czemu byłem niemiły,
oni chcieli mipomóc, ale ja już nie potrafiłem być człowiekiem.
- Na to nic nie zrobimy –podał mi butelkę piwa. –Wybacz nie mamy kubków, niespodziewaliśmy się towarzystwa.
- Zwłaszcza tak ślicznych pań. –rzucił drugi. Prychnąłem ześmiechem. Popatrzyli na mnie jak na osobę niespełna rozumu.
- Jestem chłopakiem. –wyjaśniłem.
- Nie możliwe –ten który siedział najbliżej mnie
zbliżył sięjeszcze bardziej bacznie mi się przyglądając –Nie możliwe
–powtórzył i dotknąłmojej ręki –Miękka jak u dziewczyny, paznokcie
zrobione, uda okrągłe.
- Wypraszam sobie, to mięśnie. –rozbawiła mnie ta jegodedukcja.
- Włosy długie i farbowane -nie przerywał monologu
jakbymsię w ogóle nie odezwał -Stopki małe, a i tu paznokcie
wyszlifowane, kolczyk wuchu, cera śliczniutka bez żadnej skazy. Cycków
nie ma, ale która ma terazswoje prawdziwe? -w końcu bezceremonialnie
złapał mnie za krocze. -Wygląda jakbaba, ale chuja ma. –wszyscy jego
kumple parsknęli śmiechem, ja jednak jakośnie mogłem się przełamać.
- To może ja już sobie pójdę. -powiedziałem i zacząłem siępodnosić.
- Zostań – powiedział ten drugi. -Dopij piwo.
Pomożezagłuszyć smutki, a tym idiotą się nie przejmuj -pokiwałem głową w
odpowiedzi iznów usiadłem.
- Jaka ona była? –spytał ten co wyglądał nanajinteligentniejszego z tej paczki.
- Kto? -nie zrozumiałem.
- Ta dziewczyna co zginęła.
- Była chłopakiem. Najcudowniejszym, najlepszym
jakiegomogłem mieć. Był jak anioł. Był śliczny, romantyczny i kochający
-zatraciłemsię we wspomnieniach, wyrwał mnie z nich wrzask.
- A nie mówiłem, że to w jakimś stopniu dziewczyna.-przetarłem dłońmi twarz.
- Jesteś homo? -spytał mnie ten co dał mi piwo.
- Tak. –odparłem bez ogródek, nawet nie pomyślałem, że możesię to komuś nie spodobać.
- Wierz, że jakbyś trafił na kogoś innego niż my za takiewyznanie mogli by cię nawet zabić
- Miałem nadzieję. –odparłem trochę z przekory, alezabrzmiało, to tak jakbym naprawdę miał na to ochotę.
- Aż tak go kochałeś?
- Jeszcze bardziej. –uśmiechnąłem się smutno przypominającsobie jego cudowną twarzyczkę.
- Mnie nic do tego kto z kim sypia, ale uważaj na
siebie niedobrze jest po nocy chodzić po plaży. Zwłaszcza jak ktoś
wygląda tak niewinniejak ty, różni psychole się tu kręcą.
- Wyszedłem w dzień, a z resztą umiem się bronić.
–odparłemzgodnie z prawdą delikatnie poprawiając się by być bliżej
ogniska, gdyż piasekjuż powoli stygł, a mnie robiło się coraz zimniej.
Któryś z nich parsknął śmiechem. Nie skomentowałem tego, niemiałem siły. W tym samym momencie dosiadł się do nas Amadeo.
- Wiesz ile cię szukałem? –w jego głosie był wyrzut, ale itroska, której nie potrafiłem teraz znieść.
- 15 minut? –zironizowałem.
- Bardzo śmieszne. Wracamy do domu! –warknął, a
jazobaczyłem, że ledwie powstrzymuje się przed ujawnieniem swojej
prawdziwejnatury, bał się o mnie, sądził, że ci mężczyźni, przy których o
dziwo poczułemsię bardzo swobodnie i bezpiecznie są dla mnie poważnym
zagrożeniem.
- Nie chce mi się, mam nowych kolegów – mówiłem jak
małedziecko, a bo zapomniałem wspomnieć, że mam bardzo słabą głowę,
więc już mnietrochę wzięło, poza tym takim manewrem mogłem zyskach
jeszcze kilka dobrychchwil z dala od zmartwionych moim stanem opiekunów.
- Raphael się martwi.
- Daj mi spokój, nie chce tam wracać.
- Dobrze posiedzimy tutaj – i powiedział do nich – jeślioczywiście możemy?
- Ty też jesteś ciotą? – spytał ten co się zastanawiał czyna pewno jestem facetem.
- W jakimś stopniu tak. – odparł Amadeo głaszcząc mniedelikatnie po plecach, ja jednak się od niego odsunąłem.
Wtuliłem się w pierś chłopaka, który był dla mnie miły,zrobił głupią minę, ale mnie nie odepchnął. Skończyłem piwo.
- Dostanę jeszcze jedno? -podniosłem do góry pustą butelkę.
- Nie. Wystarczy ci. –powiedział chłopak i pogłaskał mnie pogłowie, Amadeo na ten gest tylko się uśmiechnął.
- Powinienem już go zabrać do domu.
- Poczekaj aż zaśnie to was odwieziemy.
- Nie trzeba. Zaniosę go, jest lekki, a to nie daleko.-przysypiałem.
- Mówił, że szedł cały dzień.
- Wyszedł w południe, ale nie doszedł daleko.
- Tu w pobliżu nie ma domów
- Jest tu wielka posiadłość niedaleko.
- To też kawałek drogi. To twoja chata?
- Mojego przyjaciela, sądziliśmy, że jak go tu zabierzemy zdomu to pomoże.
- Nie pomogło.
- Niestety. Nadal zachowuje się jak żywy trup.
- Biedaczek. – znów pogłaskał mnie po głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz