Kolejny dzień najchętniej wyrzuciłbym z pamięci. Tyłek bolał mnie
niemiłosiernie. Nawet oddychanie sprawiało mi trudności. Leżałem tak
długo na brzuchu, że aż cały ścierpłem. Każdy, choćby najmniejszy ruch
powodował, iż miałem ochotę wyć, a najlepiej umrzeć. W końcu Raphael się
nade mną zlitował i wsadził mnie do wanny z ciepłą wodą. Pomogło, lecz
na krótką metę, podobnie jak tabletka przeciwbólowa i maść, którą mi
zaaplikowano nie powiem gdzie. Przez cały tydzień naruszony tyłek
utrudniał mi życie. Zostałem zwolniony z siłowni i basenu, a na
zajęciach by móc wysiedzieć podkładałem sobie miękką poduszkę. Właściwie
to się z nią nie rozstawałem, mimo iż większość kolegów się ze mnie
śmiała, to ja i tak nosiłem ją pod pachą jak skarb.
W środę do
swojego gabinetu wezwał mnie Mark. Nie bardzo rozumiałem czego ode mnie
chce, ale wykonałem polecenie, bez szemrania, mimo że marsz po schodach
nie był najprzyjemniejszy. Usiadłem w fotelu, oczywiście przed tym
umieszczając na nim swój skarb i zamieniłem się w słuch.
– Gabrielu, czy naprawdę cię tak boli? – popatrzył na mnie z troską, której się u niego nie spodziewałem.
– Jest lepiej niż było w niedzielę. – odpowiedziałem wymijająco, bo sądziłem, że woli nie znać prawdy.
– Pewnie nie chcesz się skarżyć, ale czy Alexander był brutalny?
– Brutalny? – nie zrozumiałem, co miał na myśli, bo przecież Alex był dla mnie dobry i chyba powiedział mu o tym.
–
No czy był popędliwy… czy cię skrzywdził? – zaakcentował ostatnie
słowo, chyba próbując mi w ten sposób coś przekazać, ale ja niestety nie
zrozumiałem aluzji.
– Nie… był bardzo delikatny… – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Mi możesz powiedzieć. – złapał mnie za ramiona, jak gdyby chciał mnie przytulić.
– Ale on naprawdę był bardzo delikatny tylko, że jestem bardzo tam… malutki, a on był taki… wielki.
– Czyli twój obecny stan nie jest wywołany jego… hmm… popędliwością?
– Nie, tylko moimi rozmiarami. – zarumieniałem się spuszczając głowę.
–
To dobrze, wystraszyłem się. – oderwał dłonie ode mnie i się obrócił
głośno wypuszczając powietrze z płuc, a po chwili obrócił się z powrotem
do mnie i spytał z troską:
– Chcesz może jechać do lekarza, żeby to obejrzał?
– Raczej nie. Raphael mówił, że wszystko jest w porządku. – wolałbym zdechnąć niż miałby mi tam znów ktoś grzebać.
– A to dobrze. Możesz już iść.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić kiedy twój tyłek ciągle piecze.
W piątek czułem się świetnie, bo wszystkie objawy zniknęły, więc w sobotę już ćwiczyłem i pływałem.
Niestety w niedzielę usłyszałem od Raphaela:
– Od jutra zaczynamy szkolenie seksualne. No chyba, że cię jeszcze boli.
– Nie boli, ale się boję. – zrobiłem płaczliwą minę.
– Czego? – popatrzył na mnie nie rozumiejąc.
– Czy to zawsze będzie tak boleć? – moje policzki znów pokryły się szkarłatem.
– Nie. W końcu przywykniesz. Zresztą nie zaczniemy od razu od seksu, najpierw cię porządnie porozciągamy.
–
Jak? – spytałem szczerze zainteresowany i zarazem przerażony wizją jaka
przyszła mi do głowy. Wtedy nie mogłem jeszcze wiedzieć, że moje
wyobrażenia są jedynie namiastką tego, co wydarzy się naprawdę.
– Dowiesz się jutro. – uśmiechnął się złowieszczo.
Oj jak ja bym wolał się tego nigdy nie dowiedzieć.
W
poniedziałek, obudziłem się sam i zniknąłem w łazience, by Raphael nie
zastał mnie zaspanego w łóżku i nie zaczął dręczyć, zanim się dokładnie
przebudzę. Wyszedłem z łazienki kompletnie ubrany i ujrzałem Raphaela z
bananem na ustach siedzącego na moim łóżku. Sam ten uśmiech powinien
wzbudzić moją podejrzliwość, ale skąd mogłem wiedzieć jakie on ma plany.
– O, wstałeś dziś wcześniej? – zapytał retorycznie, patrząc na mnie co najmniej dziwnie.
– Jakoś tak wyszło. – uśmiechnąłem się niewinnie.
– I ubrałeś się? – pytanie było retoryczne, ale czułem też w tym namiastkę pewnego rozżalenia i nagany.
– No tak. – spuściłem głowę.
– No to się teraz rozbierz!
– Po co? – oj ja dobrze wiedziałem po co, ale starałem się odlec tę chwilę jak najdalej.
–
Musimy zadbać o pewną rzecz. Ściągnij spodnie i się połóż. – nie
patrzył już na mnie tylko przeglądał jakieś rzeczy leżące obok niego na
mojej pościeli.
Przecież nie mogłem się z nim kłócić. Położyłem się jednak na plecach, próbując się z nim droczyć.
–
Dobra, koniec zabawy młody. Ja mogę się z tobą nie cackać i cię tu
zerżnąć bez żadnych przygotowań. Więc? – jego głos stracił miłą barwę i
łagodny ton. Wiedziałem, że nie żartuje.
– Przepraszam – obróciłem się.
– No mały, tyłek do góry. Jakiego zapachu chcesz żel?
– A jakie masz?
– Truskawka, czekolada, wanilia, malina albo cola.
– To ja chcę ten ostatni.
Po chwili poczułem słodki zapach i palec w mojej dziurce, potem był drugi oraz trzeci, nie było najgorzej.
–
Otwórz – usłyszałem, a Raphael wepchnął mi w dłoń prezerwatywę.
Przestraszyłem się znów, ale wiedziałem, że nie mogę zaprotestować.
Otworzyłem i podałem mu krążek. Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem jak
Raphael naciąga ją na… pewien gumowy przedmiot, był grubości dwóch
złączonych palców.
Poczułem jak przedmiot zagłębia się we mnie.
– Możesz się ubrać. Migiem, bo spóźnimy się na śniadanie. – powiedział wycierając dłonie w mały ręczniczek.
– Ale ja mam z tym chodzić? – byłem przerażony tą wizją.
–
Tak. – jego głos był zimny, wiedziałem że wszelkie próby przekonania go
do zmiany zdania spełzną na niczym. – Wyjmiemy przed siłownią i
wsadzimy z powrotem po pływaniu.
– Ale to będzie mi przeszkadzać.
–
Pewnie tak, lecz niestety nie mamy innego wyjścia. To będzie co
najwyżej nieprzyjemnie, ale nie powinno sprawiać bólu. Natomiast
stosunek w obecnej sytuacji byłby bardzo bolesny. Mam nadzieję, że
rozumiesz, iż to dla twojego dobra. – dotknął placami mego policzka
wpatrując mi się w oczy.
– Jasne. – rzekłem z ironią, jednak się ubrałem.
Czułem
ten przedmiot w sobie przy każdym ruchu. Jak szedłem do stołówki to
przyjemnie ocierał się o moją prostatę. Starałem się ograniczyć ruchy,
żeby przez przypadek nie dostać wzwodu.
Tego dnia podczas śniadania
zobaczyłem nowego chłopaka, ślicznego niczym cherubinek. Blond włoski,
niebieskie oczy. Normalnie aniołek. Był jeszcze drobniejszy i zapewne
młodszy ode mnie. Gdy to sobie uświadomiłem zacząłem mu współczuć. Nie
mogłem się na tym jednak bardziej skupić, bo gdy sięgnąłem po pieczywo
znów przeklęty przedmiot się poruszył sprawiając mi jednocześnie fale
przyjemności jak i wstydu. Zapewne domyślacie się dlaczego…
Byłem
przeszczęśliwy jak Raphael wreszcie wyciągnął ze mnie to draństwo. W
życiu tak się nie cieszyłem z powodu zajęć na siłowni, jak wtedy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz