Zrezygnowany usiadłem na łóżku i wtedy pod ręką poczułem coś złożonego na cztery części. Obejrzałemkartkę, która okazała się listem, napisanym pięknym, zawijastym pismem.
Drogi Gabrielu
Wybacz mi, że zamknąłem cię w pokoju, ale byłem
zmuszonypilnie wyjść. W domu prócz mnie mieszkają jeszcze trzy wampiry.
Dwa z nich tomoje jeszcze nieopierzone pisklaki, które mogłyby stanowić
dla ciebiezagrożenie, dlatego też zmuszony byłem pozbawić cię na chwilę
wolności. Poprostu bałem się zostawić cię z nimi samego. Niebawem wrócę.
Twój Amadeo.
Ach… te wampiry! Ktoś je powinien powystrzelać! Nie
mógłmnie obudzić i powiedzieć mi tego osobiście, zamiast mnie straszyć?
Położyłemsię na łóżku i korzystając z chwili samotności, zacząłem snuć
marzenia oprzyszłości. W pokoju było dość ciepło, więc szybko pozbyłem
się szlafroka iułożyłem wygodnie na śliskim, chłodnym materiale. Obrócił
się na brzuch izgiętymi w kolanach nogami machałem w powietrzu.
Zacząłem się nudzić, ale wsypialni zbytnio nie było co robić. Nie
wiedziałem czy mogę grzebać w szafkach,więc dla pewności niczego nie
dotykałem. W końcu z nudów udałem się do krainyMorfeusza.
Obudziłem się bo zrobiło mi się dziwnie zimno. Chciałemwejść pod kołdrę, ale wtedy ujrzałem, że okno jest otwarte, a biała
firanka powiewa niczym duch. Stanąłemgwałtownie na łóżku. Na dworze
było już ciemno, a w pokoju panował półmrok.Zacząłem się rozglądać, ale
niczego podejrzanego nie ujrzałem, miałem jednakpewność, że gdy
zasypiałem, okno było zamknięte. Jeszcze raz dokładnierozejrzałem się po
pomieszczeniu i nie zauważyłem nic podejrzanego, póki niespojrzałem na
fotel stojący w koncie… Ktoś na nim siedział, było zbyt ciemno,bym mógł
zobaczyć kto to, lecz miałem pewność, że to jakiś mężczyzna.
- Kim jesteś? – spytałem.
- Wiesz,
że jesteś bardzo piękny? – usłyszałem wodpowiedzi. Nie poznałem głosu.
Na pewno nie był to Amadeo ani żaden z poznanychmi do tej pory
osobników. Przestraszyłem się nie na żarty, ale postanowiłemtrzymać
fason. Miałem nadzieję, że mój klient szybko wróci i mnie uratuje,
wrazie gdyby tajemnicza postać zechciała mnie skrzywdzić… a sądząc po
tonie,jakiego używał, miał niezbyt dobre zamiary.
- Dziękuję
za komplement, ale czy mógłby mi panpowiedzieć, kim pan jest i co pan
tu robi? -nie podobała mi się nazbyt pewnapoza, w jakiej siedział ani
jadowity głos, który bardziej przypomniał syk niżmowę.
- Jestem
domownikiem, przynajmniej na razie,Amadeo mówił, że jesteś śliczny, ale
nie powiedział, że wyglądasz jak anioł. -wciemności błysnęły ostre,
białe zęby, a wśród nich dwa potężne, w pełniwysunięte kły wampira.
Nie zobaczyłem momentu, w którym wstał z fotela i
podszedłdo mnie. Pogłaskał mnie delikatnie po włosach i położył na
poduszce kartkę zeszkicem. Spojrzałem na nią. Gdy uniosłem wzrok,
wampira już nie było, a okno zostałoznowu zamknięte. Rysunek
przedstawiał mnie jak śpię, tylko mężczyzna dorysowałmi czarne,
wyrastające z pleców skrzydła. Moja twarz była tak wyraźnieodwzorowana,
że czułem się, jakbym patrzył w lustro. Z szoku nie usłyszałem nawet,że
drzwi do sypialni otworzyły się ze szczękiem. Siedziałem po turecku
tyłem dowyjścia i nie potrafiłem oderwać oczu od kartki, było w niej
cośhipnotyzującego. Usłyszałem, że Amadeo coś do mnie mówi, gdy mnie do
siebieobrócił.
- Gabrielu?!
Gabrielu, co się dzieje?! – jegosłowa przebiły się przez mgłę, która na
moment zaćmiła mój umysł. W jego głosiesłychać było troskę i
zmartwienie… i jakby odrobinę strachu.
- Kim był ten mężczyzna? – mój głos brzmiałdziwnie, jakby wcale nie był mój, tylko jakiegoś zombi ze starych horrorów.
- Jaki
mężczyzna? -wampir potrząsnął mnągorączkowo, próbując ocucić ze stanu
otępienia, w jaki wpadłem, ale nie nawiele się to zdało.
- Ten,
który mnie narysował. – obróciłem obrazek wjego stronę, nie
wypuszczając go jednak z rąk. Amadeo spojrzał na rysunek z przestrachem.
- Frederic
tu był?! Nic ci nie zrobił?! -potrząsałmną stale, ale ja nie byłem
zdolny do szybkiej odpowiedzi, jakiej ode mniewymagał.
- Tylko
mnie narysował. – mój głos nadal brzmiałjakbym siedział na samym dnie
studni, był cichy, oddalony… po prostu echomojego normalnego głosu.
- Jak
tu wszedł? – Amadeo nagle zerwał się zklęczek i zaczął niespokojnie
rozglądać po pokoju, jakby szukał tajnegoprzejścia lub dziury w ścianie.
- Chyba przez okno… jak się obudziłem już tubył. – moje oczy nadal wpatrywały się w czarne skrzydła czule opatulające mojąpostać.
- I jesteś cały i zdrowy? – spytał znowu dla pewności,oglądając moją szyję, dłonie i uda – Mówił coś?
- Że jestem śliczny i narysował mi skrzydła – uśmiechnąłemsię do śpiącego anioła. Amadeo wyrwał mi obrazek z ręki i pogniótł.
- Czemu
to zrobiłeś? – mało nie rzuciłem się naniego z pięściami, choć pewnie
ja bym na tym bardziej ucierpiał niż on, alewtedy o tym nie myślałem. W
ogóle nie myślałem o niczym, bo nie byłem w stanie.
- Bo
nigdy byś się nie wyrwał z jego czaru. – pogłaskałmoje włosy. – To jego
stara sztuczka. Jak się teraz czujesz? – spytał z troską.Czułem się
dziwnie, choć teraz nie byłem już pod powierzchnią, jak jeszczeprzed
chwilą. Teraz oddychałem wynurzony pełną piersią.
- Lepiej,
dziękuję. – po chwili dodałem z westchnieniem.- Choć w sumie szkoda
tego rysunku, spodobałby się Alexandrowi. – roztarłemramię, gdyż nagle
zrobiło mi się chłodno, a na skórze pojawiła się gęsiaskórka.
- Później cię na rysuję, jeśli tylko chcesz. – uśmiechnąłsię do mnie, przytulając mnie mocno.
- Chce… ale nie będziesz mnie czarował tak jaktamten? – spytałem z przekorą, owijając wokół palców jego złote loki.
- Nie, tylko cię narysuję. Jak się czujesz, żołądeknadal boli? – skwapliwie zmienił temat.
- Nie, ale jestem głodny. – wyszczerzyłem do niegowszystkie swoje ząbki i pocałowałem go w czubek nosa.
- No tak, nie pomyślałem o tym, my jemy rzadziejniż wy. Wybacz mi to niedopatrzenie. -zakłopotał się.
- Spokojnie, wcześniej i tak bym niczego niestrawił. – uśmiechnąłem się do niego.
- To
się ubieraj, pójdziemy poszukać czegoś dozjedzenia. – podniósł mnie z
łóżka, jednak przez dłuższą chwilę nie wypuszczałz czułych objęć.
- Ubiorę się, jak oddasz mi moją torbę. -powiedziałemżartobliwie, kiedy już postawił mnie na ziemi.
- Twoje rzeczy są w szafie. Nie zajrzałeś tam? – spytałzaskoczony.
- Nie chciałem ci grzebać po szafkach. – roześmiałemsię z zakłopotaniem.
- To
twój pokój i twoje szafki, ale co muszęprzyznać, dobrze cię wychowano.
Mark odwala kawał dobrej roboty. – nim sięobejrzałem, wampir stał już
przy szafie, otwierając ją na całą szerokość.
- Tego akurat nauczyli mnie rodzicie. – powiedziałemdość smutno, gdyż wspomnienia o nich nadal bolały.
- Rodzice – spojrzał na mnie jakoś dziwnie, jakbyto słowo było dla niego śmieszne.
- Tak. – odparłem hardo. – Najwspanialsi ludzie naświecie.
- Tak? To czemu teraz z nimi nie jesteś, tylkorobisz to, co robisz? – zapytał z drwiną w głosie.
- Bo nie żyją. – odparłem podłamany, a w pokojunastała długa cisza.
- Ja…
ja nie wiedziałem, przepraszam jeśli cięuraziłem, nie chciałem. –
odpowiedział w końcu zakłopotany wampir. Chciałjeszcze coś mówić, ale mu
przerwałem.
- Nic się nie stało, ale nie chcę rozmawiać na tentemat. – uciąłem twardo.
- Nie ma sprawy, ubieraj się i zejdziemy na dół.
Wyciągnąłem z szafy swoje rzeczy i na jego oczach sięubrałem.
W trakcie kolacji opróżniłem mu z zapasów całą
lodówkę, mójwzmożony apetyt naprawdę zaczynał mnie przerażać. W salonie
poznałem Katinę iLudwika, pisklaki Amadea, jak mi ich przedstawił.
Katina była młodsza, aleodznaczała się wyższym samozaparciem, jeśli
chodziło o krew. Ludwik starała siętrzymać ode mnie jak najdalej, ale
mój zapach tak go hipnotyzował, że co chwilasię do mnie nieznacznie
przybliżał, a gdy zdawał sobie sprawę z tego, cowyrabia, natychmiast się
cofał. Gdzieś koło dwudziestej drugiej do pokojuwszedł Frederic. Usiadł
w fotelu naprzeciwko mnie. Za każdym razem, gdyspojrzałem w jego
kierunku, jego oczymiały inny kolor. Zacząłem się
go poważnie bać, ten facet w żadnym wypadku misię nie podobał. W końcu
przeprosiliśmy wszystkich i Amadeo zabrał mnie domojej sypialni.
Zabolało, gdy we mnie wszedł, ale potem znów byłem w niebie.Jego płynne,
szybkie ruchy dawały mi rozkosz, jaką moje ciało ledwo znosiło.Gdy
wydawało mi się, że zaraz stracę przytomność z skrajnego
wycieńczeniakolejnymi orgazmami, nareszcie skończył. Czułem w sobie jego
namiętność,ociekały nią także moje pośladki i uda.
- Jutro rozpoczniemy lekcje, dziś odpocznij. – okryłmnie kołdrą, ale ja wstałem pośpiesznie z łóżka.
- Co
siędzieje? – spytał, a ja znowu spojrzałem na dłoń, którą przed chwilą
dotknąłempośladków. Nie bolało mnie aż tak bardzo, bym mógł…
- Skąd
ta krew? – chciałem na powrót sięgnąćdłonią do pupy. Amadeo złapał mnie
za rękę i przyciągnął do siebie,przyglądając się jej podejrzliwie.
- Jaka krew? – spytał w końcu, muskając moją dłońkciukiem. – Przecież tu nic nie ma.
Dotknąłem drugą dłonią pośladków i pokazałem mu ją, ale byłona niej tylko nasienie.
- Nie rozumiem. – siadłem na łóżku i zacząłemoglądać dłonie ze wszystkich stron.
- Co widziałeś?
- Krew! Była na ręce, a teraz jej nie ma! – nierozumiałem co się dzieje. Zaczynałem naprawdę się bać o swoje zdrowiepsychiczne.
- Wiem
czyja to sprawka! – spojrzałem z nadziejąna Amadea, którego mina nie
wróżyła nic dobrego. Na jego twarzy malowała sięchęć mordu. – Gdyby nie
to, że kiedyś uratował mi życie, to już dawno obdarłbymtego złośliwego
trolla ze skóry.
- Frederic? – spytałem dla pewności.
- Tak.
- No, ale jak? – nie sądziłem, że wampiry majątakie zdolności.
- Normalnie miesza ci w głowie, ale nie martw się,zaraz się tym zajmę.
Wybiegł z pokoju nagi, po chwili usłyszałem jakieś
trzaski ikrzyki. Ból głowy, który trapił mnie od jakiegoś czasu minął
jak za dotknięciemczarodziejskiej różdżki. Nie minęła chwila, a z
podjazdu z piskiem oponodjechało czarne BMW.
- No
i już go nie ma. -powiedział Amadeo, całującmnie w policzek. Miałem
wrażenie, że wprost zmaterializował mi się w łóżku.-Nie uważasz, że
powinniśmy uczcić wyjazd niedobrego wampira? -uśmiechnął siędo mnie
lubieżnie i zaczął muskać zębami płatek mojego ucha.
- No nie wiem. – droczyłem się. – Chyba jednakjestem zbyt zmęczony, na kolejne dzikie harce.
Usiadł mi na biodrach, ignorując moje słowa, a jakorzystając z okazji palnąłem. -To teraz ja jestem seme, a ty uke.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz