Nic nie odpowiedział po prostu za mną szedł. Pierwsze co zrobiłem to
rozebrałem łóżko. Musiałem się pozbyć zapachu Chrisa z mojej pościeli.
Pod poduszką znalazłem różową podkoszulkę, którą mi kupił, a w której to
on zazwyczaj spał. Natychmiast wybiegłem z pokoju ledwie hamując atak
histerii, Mark widząc co się ze mną dzieje podążał za mną jak cień. Na
końcu korytarza był składzik. Wziąłem z niego rulon czarnych worków i
wróciłem do sypialni. Pierwsza do śmieci trafiła ta koszulka, potem
zasuszona niebieska róża, którą kupił mi bez okazji, łańcuszek, pierwsze
wydanie „Zbrodni i Kary” mojej ulubionej książki. Potem wyciągnąłem z
szafy garnitur, wyglądał nienagannie. Przez dłuższą chwilę szukałem do
niego czarnej koszuli, byłem pewny, że gdzieś tam jest, mimo że nigdy
wcześniej jej nie zakładałem. Mark nadal bez słowa przyglądał się moim
poczynaniom, od czasu do czasu tylko kręcił głową, jakby nie mógł
uwierzyć w to co widzi. Gdy naszykowałem już buty, skarpetki i bokserki,
wziąłem worek na śmieci i poszedłem do jego pokoju. Wyglądał tak jakby
nic się nie wydarzyło, jakby Chris miał zaraz wyjść z łazienki i
uśmiechając się do mnie czule, podejść i wziąć mnie w ramiona. Nie
mogłem pozwolić sobie choćby na chwilę zapomnienia, bo bałem się, że nie
zdołam zrobić, tego co zamierzałem. Wziąłem się za rozbieranie jego
łóżka. Najpierw kołdrę, potem poduszki. Powłoczki lądowały na stercie na
ziemi. W kącie znalazłem swoją ulubioną koszulkę, którą jakiś czas temu
straciłem. Nagle przypomniało mi się, że mój zapach pozwala mu
spokojnie spać. Powąchałem koszulkę, pachniała mną i nim. Pewnie tulił
się do niej, gdy mnie z nim nie było, gdy byłem z klientem. Powinienem
był mu poświecić trochę więcej czasu. Szloch wezbrał we mnie, ale go
stłumiłem, teraz nie mogłem się poddać, musiałem wykonać zadanie do
końca. Koszulka trafiła do worka, jej los podzieliły wszystkie ciuchy z
szafy. Na jej dnie był plecak z rzeczami, które miał zanim trafił do
Marka. W środku znalazłem misia i zdjęcie kobiety trzymającej na rękach
niemowlę. Wycinek z prasy o zabójstwie pani adwokat, którą była kobietą
ze zdjęcia. Mały Chris uśmiechnięty u ojca na rękach mógł mieć z sześc
lat. W szarej kopercie pod spodem kilka zdjęć jak góra jedenastoletni
chłopiec jest gwałcony przez mężczyznę. Na żadnym z nich nie było widać
twarzy oprawcy. Za to z tyłu rozedrganą dziecięca rączka napisała ” Mój
pierwszy raz. Londyn 2001.” Wszystko trafiło do kosza, zastanawiałem się
chwilę nad misiem, ale i on podzielił los reszty śmieci. Na biurku było
zdjęcie, które zrobił nam Patrick kilka tygodni temu. Ja siedzę na
łóżku, a on oplata mnie jak małpka. Znów zachciało mi się płakać, ale
się opanowałem, choć trwało to znacznie dłużej niż poprzednio. Potem
reszta bibelotów, w tym kilka prezentów ode mnie. Gdy w końcu skończyłem
byłem tak wyczerpany, że nie mogłem się ruszyć.
- Czy mogę przejąc
klientów Chrisa? – spytałem Marka, który od kilku godzin na przemian
drzemał i na przemian przyglądał mi się z fotela.
- Przyjmował tylu
klientów co ty, nie zdołasz obsłużyć wszystkich. Do tego Chris miał
kilku takich co lubili zadawać ból. -odparł spokojnie Mark, jakby
tłumaczył małemu dziecku, ze zjadło już dziś za dużo czekolady i że
jeśli zje jeszcze jedną tabliczkę z pewnością się pochoruje.
- Poradzę sobie. -stwierdziłem lakonicznie, choć prawdę mówiąc nawet nie wiedziałem, jakie głupoty plecę.
- Zresztą to ich decyzja, nie moja. -parsknąłem, to była najgłupsza odpowiedź jaką mógł wymyślić.
-
Nie rozśmieszaj mnie, to ty wszystkim trzęsiesz, jeśli im mnie
zaproponujesz, zgodzę się bez wahania. -wezbrał we mnie dziwny gniew,
miałem wielką ochotę mu przywalić, mimo że przecież nic mi nigdy nie
zrobił.
- Co chcesz zrobić z jego rzeczami? -zmieniał temat chyba widząc co się ze mną dzieje.
- Jemu już nie są potrzebne, więc to śmieci. -A po chwili niemal bez wahania dodałem -wyrzuć je.
- Nie chcesz nic zachować? -spojrzałem na worki wypełnione, tym wszystkimi, co należało do Chrisa.
-
Po co? -tak bardzo chciałem, żeby to wszystko trafiło do kubła, żebym
już nie musiał na to patrzeć, żeby ktoś przyszedł z płynem i zmył z tego
pokoju jego zapach, żałowałem, że nie może zmyć w ten sposób z mojej
głowy tych wszystkich zmartwień.
- Na pamiątkę -Mark podszedł do mnie
i chciał mnie przytulić jednak ja się odsunąłem. Zaciskając dłonie w
pięści, by pohamować wewnętrzne drżenie odpowiedziałem:
- Nie!
-
Nie chcesz mieć czegoś co będzie ci o nim przypominało? – zapiekło,
zabolało w tej jednej chwili chciałem złapać worek, wyrzucić wszystko na
ziemię i tulić się do jego rzeczy, chłonąć tą ostatnią nutkę jego
jestestwa.
- Nie potrzebuję tego. O której jest jutro ten pogrzeb?
-obróciłem się w stronę okna, by nie wiedzieć już tych sześciu worków, w
których zmieściło się całe życie mojej miłości.
- O dziesiątej. -poczułem jego dłoń na moim ramieniu.
- Czy mam na dziś umówionego klienta? -dziwiłem się, że mój głos brzmi tak spokojnie, skoro we wnętrz cały płonąłem.
- Nie. -wykręcając głowę spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem w nich niemal tak samo wielki ból, jaki widziałem w swoich własnych.
-
A czy byś mi mógł jakiegoś znaleźć? -chciałem by ktoś wypełnił tą
czarną dziurę, którą lokalizowałem gdzieś na wysokości mojego wyrwanego
serca.
- Nie. Najpierw musimy cię zbadać, po tamtym wypadzie. -przytulił mnie, ja jednak pozostałem bierny na te działania.
- To jedźmy do lekarza, nie ma po co tracić czasu!
- Gabriel…
-
Ale wampirowi nie zaszkodzi nawet jak jestem na coś chory. – nagle
zdałem sobie sprawę, że mogłem zarazić się jakąś śmiertelną chorobą…cóż
za piękna wizja. – Możesz mi…umówić wampira?
- Nie. -Mark puścił mnie
złapał na za ramiona i zaczął przyglądając się intensywnie mojej
twarzy, jakby szukając czegoś, co tam było, a teraz zniknęło.
- Czemu? -spytałem zawiedziony, planując już jak znaleźć kogoś samemu.
-
Bo żałobę trzeba przeżyć w spokoju, a nie leczyć się seksem, bo jak
zaczniesz to już nie przestaniesz. -warknął, nie spodziewałem się takiej
reakcji.
- Dobrze. Mogę cię o coś prosić?
- O co?
- Chcę
zmienić trochę swój profil seksualny w katalogu, dobrze? -patrzył na
mnie, jakby naprawdę jacyś kosmici przylecieli i wyciągnęli mi mózg
przez odbyt.
- Na co? -spytał po dłuższej chwili milczenia, jakby się poddając.
- Dopiszemy tam sukienki i…
- Nie zgadzam się. -już nie był Markiem -kochanym opiekunem, teraz był Markiem -szefem.
- Czemu? – nie odpowiedział – Chcę mieć więcej pieniędzy, a tylko tak je zarobię.
- Na co ci te pieniądze? -widziałem, że teraz gotów jest mi dać wszystko, bylebyśmy już zakończyli tą rozmowę.
-
Nie porzuciłem planów na przyszłość tylko dlatego, że nie będę ich
dzielił z Chrisem. Mieliśmy podzielić koszty po połowie, ale w związku z
zaistniałą sytuacją, muszę mieć więcej gotówki. – choć moje słowa
wydawały się logiczne, ja nie myślałem, jechałem na automacie tak jak
kiedyś po śmierci rodziców.
- Masz już naprawdę dużo pieniędzy, nie
potrzebujesz więcej. -roztargał mi włosy, a ja starałem się do niego
uśmiechnąć, a sądząc z jego miny wyszło mi znacznie gorzej niż sądziłem.
- Niestety muszę. Samo kupno domu pochłonie sporą ilość moich
oszczędności, nie mówiąc już o wyposażeniu i sklepie. -wyliczałem na
palcach.
- Choć Gabrielu już późno, pora położyć się spać. – sprytnie
posunięcie, odwrócenie mojej uwagi przez obietnice snu. Nic z tego, nie
byłem śpiący.
- Dobrze – odpowiedziałem mimo to, bo miałem swój
plan. Szliśmy korytarzem do jego pokoju, ale nie miałem ochoty spędzać
tam kolejnej nocy. Po prostu skręciłem do swojego pokoju. Łóżko było już
zaścielone i czekało na mnie. Mark wszedł za mną.
- I tak zostaję z tobą, tyle, że u siebie mam większe łóżko.-odparł spokojnie.
- To mój pokój, czemu miałbym spać w twoim? -spytałem wyciągając z szafy piżamę.
-
Bo chcę mieć pewność, że ci nie odpierdoli i nie zrobisz niczego
głupiego. -pokiwałem głową, jednak nie zamierzałem się zgadzać.
- Przestań, nic takiego się nie wydarzy. Przecież widzisz jaki jestem spokojny.
- I właśnie tego najbardziej się boję. -rzucił nim wyszedł do łazienki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz