Niedziela w naszym domu jest dniem wolnym od pracy, ale nie od zajęć.
Od
rana ryliśmy nurty filozoficzne. Jak zobaczyłem Raphaela w drzwiach to
mało nie podskoczyłem do góry ze szczęścia. Zabrał mnie do gabinetu
Marka, który o dziwo tego dnia jak wszedłem skonsternowany łaził w tę i z
powrotem.
– Jeden z twoich klientów zamówił sobie poniedziałki od
15-20. – powiedział roztrzęsionym głosem, jakby stało się największe zło
na świecie.
– To chyba dobrze? No chyba, że to ten świr? – spytałem podejrzliwie, bo nie byłem pewny jak mam rozumieć jego ton.
– Tak, to on. – pokiwał głową i spojrzał na mnie smutno.
– To, aż tak często będę musiał nosić te śmieszne sukienki? – spytałem z nadzieją, że zaprzeczy.
– Nie ten świr. – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia.
– Nie znam innego. – nie zrozumiałem, o kogo może mu chodzić.
– Louis… – wymienił jego imię zaznaczając je tak jakby było najgorszym przekleństwem, po czym dodał: – …ten z bliznami.
– No to co w tym złego? – nie uważałem go za świra, a tym bardziej za kogoś złego.
– Zgadzasz się? – spytał szczerze zaskoczony.
– Oczywiście, on jest w porządku. – uśmiechnąłem się na wspomnienie ekscentrycznego mężczyzny.
– Żartujesz?! – Mark położył mi dłoń na ramieniu, unosząc kciukiem głowę, tak bym patrzył mu w oczy.
–
Czemu? Nawet mnie nie przeraził za pierwszym razem i jest bardzo miły. –
chciałem go przekonać, że Louis nie jest taki za jakiego go bierze.
–
On miły? – głębokie zaskoczenie wymalowało się na jego twarzy. – Zawsze
wszyscy twierdzili, że to gbur. – Mark nadal przyglądał mi się
podejrzliwie.
– Nie, po prostu trzeba wiedzieć jak z nim postępować.
– A ty wiesz?
– Łatwo go było rozgryźć.
– Rozgryź jego. – wtrącił się Raphael, który do tej chwili stał z głupią miną pod ścianą przysłuchując się naszej rozmowie.
–
To nie ważne. – przerwał Mark – Czyli zgadzasz się na to, żeby on stał
się twoim stałym klientem? Do tego jesteś świadom tego, że zamówił sobie
podwójne spotkania?
– Tak.
– I nie boisz się go w żaden
sposób, nie zastraszył cię, nie groził ci? – upewniał się, mimo iż
widział, że nie mam żadnych obiekcji co do tego mężczyzny.
– Nie, on
naprawdę jest w porządku. Może i bardziej przypomina Nosferatu, niż
Lestata, ale charakter ma porządku. – chciałem jakoś rozładować napiętą
sytuację w pokoju.
– Ciekawe porównanie. – zachichotał Raphael.
– Sam mi puściłeś oba te filmy. – wyszczerzyłem do niego zęby.
– Wiem, ale i taka fajnie ci to wyszło. – nawet mój szef porzucił zimną minę i zaczął się uśmiechać.
–
To twoja rozpiska stałych, wygląda tak… – powiedział Mark zaglądając w
papiery – Poniedziałek Nosferatu, środa Alexander, czwartek – świr od
sukienek. – zachichotał na koniec zdania.
– Czyli on też sobie mnie zaklepał? – w przesadzonym geście ukryłem twarz w dłoniach, jednak się uśmiechając.
– Oczywiście.
– A niech to. – zakląłem, ale tak naprawdę nie byłem zmartwiony tą wizją.
– A co? Nie chcesz? – spytał podejrzliwie nie przestając się uśmiechać.
–
Nie, nie jest taki zły, ale ja nie lubię sukienek. – westchnąłem
przeciągle. – O kurde… – niemal wrzasnąłem, bo przypomniała mi się
bardzo ważna rzecz.
– Co? – spytał zaniepokojony moim nagłym wybuchem Mark, niemal zrywając się ze swojego fotela.
–
Zapomniałem, a mu obiecałem. – złapałem się za głowę, wyrzucając sobie
samemu w myślach, za zapomnienie o tak istotnej sprawie.
– O czym zapomniałeś? – spytał już nieco spokojniejszy mężczyzna, jednak w jego głosie wyczuć można było nutkę zmartwienia.
– Miałem przebić sobie ucho.
– Po co? – zdziwił się, nie rozumiejąc mojej pokrętnej dedukcji.
– Prezent. – powiedziałem, jakby to jedno słowo miało wszystko wyjaśnić.
– A co ty właściwie dostałeś? – zainteresował się Raphael podchodząc do mnie.
– Kolczyk. – skrzywiłem się wypowiadając to słowo.
– Idź do kosmetyczek to ci przebiją. – powiedział Mark z powrotem nurkując wzrokiem w stosie papierów na biurku.
– Pójdę. – powiedziałem niemrawo.
– Przecież to nie boli. – wtrącił się rozbawiony Raphael.
– Ale ja nie lubię jak mi się coś przekłuwa.
– Ciesz się, że chce ten kolczyk widzieć w uchu, a nie w sutku, albo penisie. – spojrzałem na niego przerażony.
– To tam też można robić sobie kolczyki? – Mark parsknął niehamowanym chichotem.
–
Trzeba go puścić trochę do ludzi, bo jeszcze ciut i całkiem zdziczeje. –
powiedział mój opiekun do sutenera, będąc widocznie rozbawionym.
Powlekłem
się do kosmetyczek zrobić sobie dziurkę w uchu. Może i samo przebijanie
nie bolało, gorzej było potem, gdy ranka miała się zagoić. Za to
kolczyk w uchu prezentował się świetnie. Moja diabełkowatość zrobiła się
nagle bardziej drapieżna. Długo oglądałem się w lustrze podziwiając ten
maleńki kamyczek, który moim zdaniem dodał mi tego super uroku.
Poniedziałek
przywitałem napełniony optymizmem i dobrym humorem. Raphael kręcił
głową jak widział jak się zachowuję. Oni nie wiedzieli, ale ja
wiedziałem. To był dzień moich urodzin, miałem już 15 lat.
Nic tego dnia nie mogłoby mi zepsuć dobrego humoru. O 14:30 udałem się do szóstki, Luis już na mnie czekał.
– Witaj aniołku. – przywitał mnie szerokim uśmiechem.
– Cześć diabełku. – odwzajemniłem mu się tym samym.
– Och, jaką ładną ksywę dostałem. Jak się miewasz, sądziłem, że już do mnie nie przyjdziesz? – wtulił się w moje plecy.
– Czemu? – spytałem odwracając do niego głowę.
–
Bo jestem straszny, gburowaty i brzydki. – nadał swojemu głosowi
swobodny ton, ale ja wiedziałem, że w to zdanie wlał swoje wszystkie
kompleksy.
– Tak, brzydki tak, straszny raczej nie, a dla mnie jesteś miły. – powiedziałem wprost, w końcu obiecałem mu to nie?
– Och, aleś ty bezpośredni. – ale był zadowolony moją odpowiedzią.
–
Co chcesz dziś robić? – spytałem, miałem nadzieje na powtórkę z
zeszłego tygodnia, mimo że wiedziałem, że to raczej nie możliwe.
–
No nie wiem, ale najpierw się rozbierz, chcę byś chodził przy mnie nago.
– okręcił mnie wkoło własnej osi, tak że teraz stałem do niego przodem.
– Właściwie czemu? – zdziwiła mnie odrobinę jego prośba.
–
Bo lubię gładkość twojej skóry, też tak kiedyś wyglądałem. – na chwilę
odpłynął, a na jego twarzy można było obserwować zmiany jakie zachodzą w
jego głowie. Najpierw delikatny uśmiech, a potem straszny ból.
– To może lepiej, żebyś nie patrzył? – zrobiło mi się go żal.
– Nie, to dobre uczucie. Zresztą lubię podziwiać ciebie, jesteś przepiękny. – powiedział całując mnie w nos.
– Przestań, bo się rumienię. – obróciłem głowę w drugą stronę.
– Co ty masz w uchu? – zmienił temat.
– Kolczyk. – wyszczerzyłem do niego wszystkie żeby.
– Wcześniej go nie miałeś? – spytał, chyba próbując sobie przypomnieć ten szczegół.
– Nie.
– To po co ci on?
–
To prezent od stałego klienta, muszę go nosić. Zresztą tak wyglądam
bardziej drapieżnie. – wyszczerzyłem zęby z pomrukiem jak tygrys.
– Mi się nie podoba, ale rób sobie co chcesz.
– Aleś ty miły. – pokazałem mu język.
Rozebrałem się, a potem jego. Leżeliśmy na łóżku tuląc się do siebie.
–
Dziś chcę uprawiać z tobą seks. Ty też tego chcesz? – zdziwiło mnie to
pytanie, nikt do tej pory nie spytał mnie o to czego ja chce,
przedstawiali mi tylko możliwości, a ja musiałem wybierać między
większym, a mniejszym złem. To cudowne było znów poczuć władze nad
własnym życiem, ale jednocześnie jak miałem mu odmówić, był moim
klientem, nie mogłem i prawdę mówiąc nie chciałem.
– Ja nie mam nic
do gadania. Jestem dziwką, a ty mi płacisz. – ubarwiłem słowa lekkim
tonem i uśmiechem jednocześnie siadając na łóżku.
– Chcesz tego? Nie chcę cię siłą. Nie chcę byś się zmuszał. – nie wiedziałem co miałem zrobić, zaskoczyły mnie jego słowa.
– Dużo wymagasz. – postanowiłem ironizować.
– Wiem. – uśmiechnął się do mnie delikatnie.
–
Skoro właśnie tego chcesz, to najpierw chcę cię zobaczyć całkiem nago. –
korzystając z tej chwili wolności postanowiłem sam zapanować choćby na
moment nad czyimś życiem. – Chcę sprawdzić gabaryt i przygotować się na
ból.
– Nie chcę ci zadać bólu… – spojrzał na mnie przerażony.
– Ale i tak to zrobisz. Jestem jeszcze za świeży, by nie odczuwać bólu.
Ściągnął bokserki, a ja zacząłem pieścić jego penisa, po chwili stał w całej swej okazałości.
Był
spory, ale gdy zobaczyłem wyraz przyjemności na jego twarzy poczułem,
że chcę sprawić mu jeszcze większą. Położyłem się na plecach i sięgnąłem
po żel.
– Tylko delikatnie, przynajmniej na początku. – powiedziałem z prośbą w glosie.
– Jesteś pewien? – klęknął przy łóżku i złapał mnie za dłoń zmuszając mnie bym spojrzał mu w oczy.
– Tak. – byłem szczery, jak nigdy.
Usiadł
między moimi nogami. Założyłem mu prezerwatywę, a on nachylił się nade
mną. Przerzuciłem mu nogi na ramiona, wysoko podnosząc pośladki, by było
mu łatwiej. Wsadził we mnie dwa nażelowane palce, ruszał i rozszerzał
nimi przez dłuższą chwilę, było to zbyteczne, ale nie odwodziłem go od
tego. Wchodził we mnie bardzo powolutku. Czułem go milimetr po
milimetrze. Gdzieś w połowie moje zwieracze zareagowały same wciągając
go do końca. Bolało, był duży, kilka łez wypłynęło mi z oczu, ale on nie
zareagował. Leżeliśmy dłuższą chwilę w milczeniu, połączeni bez ruchu. W
końcu sam ruszyłem biodrami. Widocznie wziął to za znak, bo zaczął się
we mnie poruszać. Był bardzo delikatny i czuły. Czułem się bajecznie.
Raz zwalniał, raz przyśpieszał dając nam obu więcej przyjemności i czasu
do jej przeżywania. W końcu skończyłem, a on zaraz po mnie. Nie wyszedł
jednak ze mnie. Byliśmy połączeni. Ściągnąłem mu nogi z ramion i nie
opuszczając pośladków pozwoliłem mu się do mnie przytulić. W tym jednym
momencie byliśmy jednością, jednym organizmem połączonym ze sobą
nieziemską przyjemnością. W końcu mnie opuścił, a ja poczułem naglą
pustkę w sobie. Wtedy zrozumiałem, że muszę zerwać tę znajomość. Nie
mogłem się zakochać w moim kliencie. Nagle wszystko przestało mnie
cieszyć, ale do końca czasu udawałem, że jest ok, ale on mnie przejrzał,
zresztą jak zawsze.
– Więcej się nie spotkamy, prawda? – spytał próbując ukryć ból, ale nie potrafił go zmazać ze swej twarzy.
– Tak. – obróciłem głowę, by na niego nie patrzeć, by nie patrzeć na jego smutne oblicze.
– Szkoda, bardzo cię polubiłem. – westchnął tamując łzy.
– Ja ciebie też. – uśmiechnąłem się do niego, choć w mych oczach czaiły się zdradliwe, niebezpieczne, kryształowe kropelki.
– To jest powód? – spytał zaszokowany.
–
Obaj wiemy, jakby się to skończyło. Lepiej teraz niż wtedy, kiedy będę
cię już naprawdę kochać. – nie chciałem go okłamywać, chciałem by znał
prawdę.
– Masz rację. – choć już na mnie nie patrzył, a jego głos
był taki zimny, taki jak przy naszym pierwszym spotkaniu, gdy krzyczał
do mnie z łazienki. Nie chciałem, by tak się stało, ale gdybym tego nie
zakończył…
Leżałem pozwalając mu się do mnie tulić. Chłonąłem jego
zapach starając się jak najwięcej zapamiętać. Gdy wybiła dwudziesta,
wstał, ubrał się i wyszedł bez pożegnania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz