Całą drogę powrotną nie odzywałem się, siedziałem
na tylnymsiedzeniu koło Amadeo, który skutecznie mnie ignorował.
Wiedziałem, że popowrocie czeka mnie ciężka przeprawa i na pewno nie
byłem na nią gotowy. Niewyobrażałem sobie też tego jak miałbym się zająć
domem, jak ledwo byłem wstanie się zająć sobą.
Gdy przekroczyliśmygranice
miasta wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą, ledwo
oddychałem.Patrzyłem na sklepy, które mijaliśmy i przypominałem sobie
jak włóczyłem się ponich z nim. Chciałem się wydostać z tego przeklętego
auta, choćby w biegu i jaknajszybciej zabrać się stąd. Jednak ból i
strach powodował, że nie potrafiłemnawet ruszyć palcem.
Podjechaliśmy pod dom Sabatu, nic nie zmienił się
od czasumojej ucieczki. Wprowadzono mnie do środka, wszelkie wampiry,
które spotkaliśmyusuwały się na bok, jakby moi „opiekunowie” prowadzili
przed sobąnajgorszego mordercę wszech czasów. Słyszałem ciche szepty i
powtarzające się wnich moje imię. W końcu
weszliśmy do sporejbiblioteki, której Bachus używał, jako swojego
gabinetu. Na ścianach podziwiaćmożna było cudowne gobeliny, które
otaczały wysokie segmenty wypełnione pobrzegi starymi, oprawionym w
skórę księgami. Za wielki dębowym biurkiemsiedział sam Mistrz odziany w
karmazynową szatę.
- Witaj w domuGabrielu – powiedział przyjaźnie, co mocno mnie zdziwiło – czy już czujesz sięlepiej?
Młoda wampirzycawniosła do biblioteki kielichy, które wypełnione były gęstawą, czerwoną cieczą.
- Średnio – odparłemzgodnie z prawdą i spuściłem wzrok, nie chciałem tu być.
- Czy chłopcy wyjaśnilici, czemu cię sprowadzono? – Popatrzył na mnie jakoś dziwnie popijając zwolna zkryształowego kielicha.
- Słyszałem, co sięstało z
Markiem. Czy będę się mógł z nim spotkać – spytałem z nadzieją, tak
bardzochciałem go przeprosić i upewnić się, że czuje się już dobrze?
- Jest jeszcze zawcześnie
mógłby zrobić coś, czego potem bardzo by żałował, ale nie martw się
oniego. Radziłbym ci się martwić raczej o siebie, bo troszkę nabroiłeś,
prawda?- Szepnął, a z kątów pokoju wypadło nagle dwóch potężnie
zbudowanych strażników.
Raphael, Vladimir i Amadeo wycofali się w tył z malującymsię na twarzy smutkiem pozostawiając mnie na pastwę gniewu Mistrza.
- Przepraszam Panie
–szepnąłem, nie wiem czy spodziewali się, że będę się szarpał, czy
próbowałuciekać, ja nie potrafiłem tego w tym momencie zrobić, uczucia
zbyt bardzo mnieprzytłaczały, bym był zdolny do jakiś heroicznych
czynów.
- Uwierz mi, że jarozumiem
ból, jaki tobą kierował –wstał z fotela i zaczął obchodzić biurko
-alenaraziłeś nas na niebezpieczeństwo. Żadne z was nie ma prawa odejść
bez mojejzgody – poczułem silny cios w brzuch – mogłeś nas wydać –
kolejny raz pozbawiłmnie na moment świadomości
- Ja nigdy… – Nieskończyłem, bo dostałem w twarz
- Musimy wiedzieć,gdzie
jesteście rozumiesz, żeby w razie, czego móc zadbać, aby nikt nie
odkryłnaszej tajemnicy. Rozumiesz chłopcze – wampir rzucił mnie na
biurko – Ja jużnauczę cię posłuszeństwa, skoro Markowi się nie udało –
bałem się go jakjeszcze nigdy nikogo.
Jednym szarpnięciem zerwał ze mnie spodnie. Klapsy
spadałyjeden po drugim, nie przejmował się czy to pośladki, plecy, czy
uda. Bił a jaczułem piekący ból, czułem jak puchną. W końcu przestał,
ale to nie był koniec …Poczułem jak siłą wdziera się we mnie.
Rozrywający ból rozlał się po moichwnętrznościach.
- Nigdy, prze nigdynie wolno
ci zrobić niczego bez mojej zgody. Rozumiesz? – Wysyczał
boleśnienadgryzając mój bark, poczułem jak krew spływami po klatce
piersiowej
- Tak – wypłakałem -Proszę przestań już Panie! –Jego pazury rozorały moja klatek piersiową.
- Musisz dobrzezapamiętać tę
karę, bo następne takie przewinienie skończy się dla ciebieśmiercią,
długą i bolesną, w porównaniu z nią to, co dostajesz teraz, będzie
jakwspomnienie cudownych wakacji – czułem jak z każdym pchnięciem wbija
się wemnie coraz głębiej, ale nie było to przyjemne, był to istny
koszmar.
Płakałem i błagałem, ale na nim nie robiło to
wrażenia.Usłyszałem rozdzierający szloch za swoimi plecami, kątem oka
zobaczyłem, żeVladimir siła powstrzymuje Raphaela przed atakiem na
samego Mistrza w mojejobronie. Wtedy właśnie, mimo że ból był nie do
zniesienia zamilkłem, niechciałem by Raphael miał przeze mnie kłopoty.
Powoli zapadałem coraz głębiej.Świat zaczął znikać, pojawiła się cisza –
pustka. Wiedziałem, że z moim ciałemdzieje się coś złego, ale nie byłem
w stanie sobie pomóc, pozwoliłem by nicośćmnie pochłonęła, by zabrała
ból, wstyd i strach.
Obudziłem się wpachnącej świeżości pościeli i ujrzałem Jakuba siedzącego tuż przy moim łóżku.
- Jak się czujesz? –Spytałłapiąc mój nadgarstek i mierząc mi puls.
- Nie wiem -odparłem,gdyż nie czułem nawet ciężaru swego ciała.
- Za chwilę toodrętwienie
powinno minąć. Zaleczyłem twoje rany, ale nie jest zbyt ciekawie.Ktoś
niedawno…. – Nie pozwoliłem mu skończyć
- Nie ważne, tamtominęło i już nie wróci. – Odparłem sucho
- Jednak musiszuważać, nie zawsze na podorędziu jest wampirza krew.
- Wybacz Jakubie, alenie mam siły na rozmowy, a tym bardziej na kazania. – Odparłem cicho
- Ehhh w sumie racja,mocno
wkurzyłeś Bachusa, jak cię tu przynieśli to myślałem, że jesteś
martwy.Cały we krwi, to było straszne. Cieszę się, że wróciłeś do domu –
ucałował mojeczoło, po czym niemal zniknął z pokoju.
Ja się nie cieszyłem.Nie chciałem zająć miejsca Marka …Chciałem ciszy i spokoju. A nie kłótni i czyjśproblemów.
Raphael wpadł do mniepo nie całej godzinie
- Jak się czujeszmaluszku? – Rzucił nim ucałował moje czoło.
- Nie widać? – Odparłemz sarkazmem
- Chciałem cię ochronić,ale… – Smutek malujący się na jego twarzy był przerażający
- Ja rozumiem. Nietłumacz
się. Spodziewałem się tego, że moja ucieczka nie przejdzie płazem –
niepatrzyłem na niego, nie chciałem widzieć jego zmartwionej miny
- Ja i Mark pomożemyci zająć
się domem, nie zostawimy cię samemu sobie. Alex wprowadzi cię w
prawneujęcie systemu, a my a my w praktyczne -mówił rozgorączkowany
delikatniegładząc chłodnymi palcami moją dłoń.
- Czemu ty nie możeszzając
się domem albo Mark jak dojdzie do siebie? –Wypaliłem i sam zdziwiłem
sięz ilości goryczy, jaką włożyłem w swoje słowa.
- Słonko pomyśl, coby się
stało w czasie wpadki. Wampir w rękach policji. To mało
prawdopodobne,ale musi być w razie, czego ktoś, na kim skupia światła
reflektorów – jego głosbył smutny, ale bardzo pewny.
- Więc mam być kozłemofiarnym? – Spytałem ironicznie, choć już znałem odpowiedź.
- Dobrze wiesz, żewszyscy
przekupieni lub zbyt bardzo się boją by mogła być jakaś wpadka, ale
Bachuslubi mieć zabezpieczenie. –Otarł złe z mojego policzka palcem, po
czym wsadziłja sobie do ust. Zdziwiło mnie to, że płacze i to, że on
oblizał palec.
- Tak – szepnąłem iod razu
przypomniałem sobie to, co mi zrobił. Ten straszny ból, strach.Zacząłem
szczerze nienawidzić Bachusa.
W łóżku spędziłemjeszcze
trzy dni, nie czułem bólu, bo Jakub, co trochę poił mnie własna
krwią.Dopiero czwartego dnia pozwolił mi wstać, co oczywiście okazało
się niemalniemożliwe. Bachus przyszedł do mnie po tygodniu, nie chciałem
go widzieć, aleteż nie mogłem go wyprosić.
- Jakub mówi, żejesteś zdrowy i nie długo będziesz mógł wrócić do domu Marka. – Powiedział dośćchłodno.
- A jeśli ja niechcę? – Spytałem
- To nie będziesz
jużpotrzebny staniesz się pożywieniem. – Nie chciałem go takim znać,
chciałem bywrócił ten Mistrz, który czytał mi książki jak leżałem w
bezruchu.
- Sam sobienagrabiłeś
Gabrielu. Jedno słowo, a pozwoliłbym ci odejść, dostałbyś wszystko,co
byś chciał, ale ty wolałeś złamać przyrzeczenie to teraz będziesz za
tocierpiał. Od jutra wracasz do domu, Alexander załatwi wszelkie
formalności iprzekaże ci, co masz robić. Raphael pomoże ci ułożyć grafik
i zapanować nadchaosem w domu. Rozumiesz?
- Tak Panie – niechciałem tego, nie chciałem tam wracać, po prostu nie mogłem.
- Poza tymprzejmujesz wszystkie inne obowiązki Marka – dodał podnosząc się z mojego łóżka
- To znaczy? – Spytałem,bo nie rozumiałem, o co chodzi.
- Zajmujesz sięwynajdowaniem
nowych, wprowadzaniem ich, no i obecnie brakuje dwojga do obsługimoich
pobratymców – po chwili jakby wahania dodał – Oraz raz w tygodniu
maszwpaść do mojej sypialni. Ustalimy jeszcze dzień i porę.
Tego się niespodziewałem, po
prostu nie sądziłem, że on sam, który najczęściej niekorzystał z
naszych usług, miał stałe kontakty z Markiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz