poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pośrodku piekła znalazłem dom cz.2 R19

Musiałem zabrać Patricka na zakupy,bo mały troll w szybkim tempie zmieniał się w dużego trolla. Jaksię okazało, Chris też miał wolne, więc zabrałem go z nami.Szykowało się miłe popołudnie. Gdy prowadziłem auto, moja rękadziwnym trafem z dźwigni zmiany biegów bardzo częstolądowała na kolanie mojego ukochanego. To był naprawdę miłydzień, śmialiśmy się, objadaliśmy słodyczami. Chris znalazłspodnie, w których wyglądał naprawdę bosko. Nawet trollkupił masę rzeczy, w których wyglądał znośnie. Było jużpo zmroku, gdy wyszliśmy z jasno oświetlonego centrum handlowego.Chris chciał prowadzić. Nie mogłem się nie zgodzić, gdy tak siędo mnie uśmiechał. Prawdę mówiąc miałem ochotę pchnąćgo na maskę i kochać się z nim długo i namiętnie. Drażniąc sięz nim długo zwlekałem, by się w końcu zgodzić. Pocałował mnienamiętnie, by odwrócić moją uwagę od tego, że wyciągnąłmi z kieszeni dżinsów kluczyki. Gdybym wiedział, co sięwydarzy nigdy nie dałbym mu tych kluczyków, choćby gotówbył odprawić tu striptiz.
Nie jechaliśmy szybko, przecieżnigdzie nam się nie śpieszyło. To auto pojawiło się znikąd…HUK… i nasz samochód dachował. Byłem przytomny, ale pasnie chciał się rozpiąć. Spojrzałem na miejsce obok, zakierownicą nikogo nie było. Słyszałem jęki Patricka z tylnegosiedzenia. Sięgnąłem do schowka, w tym samym czasie poczułemzapach benzyny, wiedziałem, że muszę się śpieszyć, bo jeszczechwila i zostaną z nas skwarki. Znalazłem scyzoryk i udało się -przeciąłem pas. Spadłem z siedzenia, szkło lezące pode mnągłucho zagrzechotało, wiedziałem, że dzięki niemu mam kilkanowych zranień, ale nie to teraz zajmowało moje myśli. Moje drzwinie chciały się otworzyć, były poważnie wgniecione,zastanawiałem się jakim cudem moje nogi są całe, miałem wieleszczęścia. Wtedy też ujrzałem, że przedniej szyby nie ma.Przeczołgałem się przez siedzenia i odciąłem Patricka. Z czołaciekła mu krew i był na wpół przytomny, rana jednak niewydawał się zbyt poważna… przynajmniej na pierwszy rzut oka.Wyciągnąłem go z auta. Odciągnąłem go daleko, mimo iżnieświadomie dość mocno mi przy tym przeszkadzał. W moim udzietkwił spory kawałek metalu, nie zauważyłem tego z początku,dopiero gdy zdałem sobie z tego sprawę zaczęło mnie boleć.
Auto wybuchło.
Rozglądałem się… nigdzie nie byłoChrisa. Krzyczałem jego imię. Jakaś kobieta do mnie podeszła.Kazała mi się nie ruszać, czy coś, ale ja nie byłem ważny, niemogłem przecież znaleźć mojego szczęścia. W końcu gowypatrzyłem. Był tam, leżał bez ruchu. Starałem się iść jaknajszybciej, mimo że tę przeklętą nogę musiałem niemal ciągnącza sobą. Leżał w szkle, jego ciało było pocięte, jednakzachował przytomność. Złapałem go za rękę. Tak dziwnie łapałpowietrze… tak chrapliwie. Obejrzałem się, by zobaczyć co dziejesię z Patrickiem. Ta kobieta się nim zajmowała. Gdy zwróciłemoczy na Chrisa, już nie był przytomny. Ratownik, który niewiem skąd wziął się koło nas, odepchnął mnie i zaczęli murobić sztuczne oddychanie. Potem ten drugi wrzasnął:
- Jest puls! Zabieramy go! Szybko!
Patrzyłem jak przenoszą go na nosze apotem wkładają do karetki.
Ktoś podszedł do mnie. Zabrali mniedo szpitala. Chirurg wyciągnął mi z nogi metal, a potem zaszyłranę. Opatrzono mi wszystkie skaleczenia i dano środekprzeciwbólowy. Prawie nie zwracałem uwagi, co ze mną robili.
Od dobrych dziesięciu minut kłóciłemsię z pielęgniarką, że ma mnie zabrać do Chrisa, gdy do saliwszedł Mark. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie na mnie, bymwiedział, że …… przytulił mnie. A potem zaniósł dwapomieszczenia dalej. Na stole z rurką w ustach leżał mójarchanioł. Wyglądał tak spokojnie, nie mogłem uwierzyć, że…to było niemożliwe. Od razu złapałem go za dłoń, była ciepłai taka delikatna, tak jak zawsze. Lekarz zaczął mówić:
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy,ale miał rozległy krwotok wewnętrzny i uszkodzony kręgosłup.Nawet gdybyśmy zdołali go utrzymać przy życiu, nie mógłbysię nigdy ruszyć.
To oczywiście była nieprawda! Gdybytylko przeżył, oni by go wyleczyli. Nie płakałem, robił to zamnie Mark. Ja siedziałem sztywno na tym pierdolonym krześle i nadalnie wierzyłem, że kolejna osoba, którą kochałem… Nieumiem wypowiedzieć tego słowa, nie potrafię.
- Czy można wyciągnąć tę rurkę? –spytałem, wskazując na plastikowe ustrojstwo, tak nie pasujące dojego słodkich ust, które jeszcze niedawno całowały mnie zpełną miłością.
- Niestety nie aż do przyjściakoronera. – spojrzałem na nich, wszyscy byli smutni, Mark ocierałtwarz bawełnianą chusteczką. Wiedziałem, że ma w kieszeni zedwie paczki chusteczek higienicznych, którymi zawsze nasczęstował, mimo że sam używał tych z materiału.
- Wtedy będzie już za późno.- mój głos zabrzmiał dziwnie płaczliwie, ale teżzdecydowanie.
Nikt mnie nie powstrzymał. Oderwałemplaster, a potem wyszarpnąłem plastik z gardła mojego ukochanego.Gdy to zrobiłem, ostatni raz go pocałowałem. Nie smakował tak jakzwykle… smakował krwią i plastikiem. Zamknąłem mu usta i nakoniec pogłaskałem jeszcze po policzku. Chciałem stamtąd uciekać,nie mogłem zostać ani chwili dłużej, bałem się, że zarazzacznę krzyczeć, jeśli nie przestanę na niego patrzeć.
- Co z Patrickiem? – spytałem, a mójgłos brzmiał tak beznamiętnie jak jeszcze nigdy.
- Wszystko w porządku, lekarz mówi,że ma wstrząśnienie mózgu, ale to nic poważnego.
Zauważyłem, że lekarze wyszli, tylkow kącie pokoju stała młoda, przestraszona pielęgniarka. Mark jużnie płakał, ale jego głos nadal się łamał, gdy odpowiadał namoje pytanie.
- Czy ja muszę tu zostać? – niepatrzyłem już na ciało leżące na stole. Nie mogłem. Obróciłemsię w stronę wyjścia i (dzięki niech będą wszystkim okrutnymbogom rządzących tym światem) usłyszałem:
- Nie.
Nie potrafiłem zrozumieć skąd wzięłasię ta straszna ulga i w żadnym stopniu mnie ona nie cieszyła.
- Zatem proszę zawieźć mnie do domu,albo przynajmniej wezwij mi taksówkę. – po tych słowachopuściłem gabinet, a ktoś podszedł do mnie pchając wózekinwalidzki, na którym siadłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz