Musiałem zabrać Patricka na zakupy,bo
mały troll w szybkim tempie zmieniał się w dużego trolla. Jaksię
okazało, Chris też miał wolne, więc zabrałem go z nami.Szykowało się
miłe popołudnie. Gdy prowadziłem auto, moja rękadziwnym trafem z dźwigni
zmiany biegów bardzo częstolądowała na kolanie mojego ukochanego. To
był naprawdę miłydzień, śmialiśmy się, objadaliśmy słodyczami. Chris
znalazłspodnie, w których wyglądał naprawdę bosko. Nawet trollkupił masę
rzeczy, w których wyglądał znośnie. Było jużpo zmroku, gdy wyszliśmy z
jasno oświetlonego centrum handlowego.Chris chciał prowadzić. Nie mogłem
się nie zgodzić, gdy tak siędo mnie uśmiechał. Prawdę mówiąc miałem
ochotę pchnąćgo na maskę i kochać się z nim długo i namiętnie. Drażniąc
sięz nim długo zwlekałem, by się w końcu zgodzić. Pocałował
mnienamiętnie, by odwrócić moją uwagę od tego, że wyciągnąłmi z kieszeni
dżinsów kluczyki. Gdybym wiedział, co sięwydarzy nigdy nie dałbym mu
tych kluczyków, choćby gotówbył odprawić tu striptiz.
Nie jechaliśmy szybko, przecieżnigdzie
nam się nie śpieszyło. To auto pojawiło się znikąd…HUK… i nasz samochód
dachował. Byłem przytomny, ale pasnie chciał się rozpiąć. Spojrzałem na
miejsce obok, zakierownicą nikogo nie było. Słyszałem jęki Patricka z
tylnegosiedzenia. Sięgnąłem do schowka, w tym samym czasie
poczułemzapach benzyny, wiedziałem, że muszę się śpieszyć, bo
jeszczechwila i zostaną z nas skwarki. Znalazłem scyzoryk i udało się
-przeciąłem pas. Spadłem z siedzenia, szkło lezące pode mnągłucho
zagrzechotało, wiedziałem, że dzięki niemu mam kilkanowych zranień, ale
nie to teraz zajmowało moje myśli. Moje drzwinie chciały się otworzyć,
były poważnie wgniecione,zastanawiałem się jakim cudem moje nogi są
całe, miałem wieleszczęścia. Wtedy też ujrzałem, że przedniej szyby nie
ma.Przeczołgałem się przez siedzenia i odciąłem Patricka. Z czołaciekła
mu krew i był na wpół przytomny, rana jednak niewydawał się zbyt
poważna… przynajmniej na pierwszy rzut oka.Wyciągnąłem go z auta.
Odciągnąłem go daleko, mimo iżnieświadomie dość mocno mi przy tym
przeszkadzał. W moim udzietkwił spory kawałek metalu, nie zauważyłem
tego z początku,dopiero gdy zdałem sobie z tego sprawę zaczęło mnie
boleć.
Auto wybuchło.
Rozglądałem się… nigdzie nie byłoChrisa.
Krzyczałem jego imię. Jakaś kobieta do mnie podeszła.Kazała mi się nie
ruszać, czy coś, ale ja nie byłem ważny, niemogłem przecież znaleźć
mojego szczęścia. W końcu gowypatrzyłem. Był tam, leżał bez ruchu.
Starałem się iść jaknajszybciej, mimo że tę przeklętą nogę musiałem
niemal ciągnącza sobą. Leżał w szkle, jego ciało było pocięte,
jednakzachował przytomność. Złapałem go za rękę. Tak dziwnie
łapałpowietrze… tak chrapliwie. Obejrzałem się, by zobaczyć co dziejesię
z Patrickiem. Ta kobieta się nim zajmowała. Gdy zwróciłemoczy na
Chrisa, już nie był przytomny. Ratownik, który niewiem skąd wziął się
koło nas, odepchnął mnie i zaczęli murobić sztuczne oddychanie. Potem
ten drugi wrzasnął:
- Jest puls! Zabieramy go! Szybko!
Patrzyłem jak przenoszą go na nosze apotem wkładają do karetki.
Ktoś podszedł do mnie. Zabrali mniedo
szpitala. Chirurg wyciągnął mi z nogi metal, a potem zaszyłranę.
Opatrzono mi wszystkie skaleczenia i dano środekprzeciwbólowy. Prawie
nie zwracałem uwagi, co ze mną robili.
Od dobrych dziesięciu minut kłóciłemsię z
pielęgniarką, że ma mnie zabrać do Chrisa, gdy do saliwszedł Mark.
Wystarczyło tylko jedno spojrzenie na mnie, bymwiedział, że …… przytulił
mnie. A potem zaniósł dwapomieszczenia dalej. Na stole z rurką w ustach
leżał mójarchanioł. Wyglądał tak spokojnie, nie mogłem uwierzyć, że…to
było niemożliwe. Od razu złapałem go za dłoń, była ciepłai taka
delikatna, tak jak zawsze. Lekarz zaczął mówić:
- Robiliśmy wszystko co w naszej mocy,ale
miał rozległy krwotok wewnętrzny i uszkodzony kręgosłup.Nawet gdybyśmy
zdołali go utrzymać przy życiu, nie mógłbysię nigdy ruszyć.
To oczywiście była nieprawda! Gdybytylko
przeżył, oni by go wyleczyli. Nie płakałem, robił to zamnie Mark. Ja
siedziałem sztywno na tym pierdolonym krześle i nadalnie wierzyłem, że
kolejna osoba, którą kochałem… Nieumiem wypowiedzieć tego słowa, nie
potrafię.
- Czy można wyciągnąć tę rurkę?
–spytałem, wskazując na plastikowe ustrojstwo, tak nie pasujące dojego
słodkich ust, które jeszcze niedawno całowały mnie zpełną miłością.
- Niestety nie aż do przyjściakoronera. –
spojrzałem na nich, wszyscy byli smutni, Mark ocierałtwarz bawełnianą
chusteczką. Wiedziałem, że ma w kieszeni zedwie paczki chusteczek
higienicznych, którymi zawsze nasczęstował, mimo że sam używał tych z
materiału.
- Wtedy będzie już za późno.- mój głos zabrzmiał dziwnie płaczliwie, ale teżzdecydowanie.
Nikt mnie nie powstrzymał.
Oderwałemplaster, a potem wyszarpnąłem plastik z gardła mojego
ukochanego.Gdy to zrobiłem, ostatni raz go pocałowałem. Nie smakował tak
jakzwykle… smakował krwią i plastikiem. Zamknąłem mu usta i nakoniec
pogłaskałem jeszcze po policzku. Chciałem stamtąd uciekać,nie mogłem
zostać ani chwili dłużej, bałem się, że zarazzacznę krzyczeć, jeśli nie
przestanę na niego patrzeć.
- Co z Patrickiem? – spytałem, a mójgłos brzmiał tak beznamiętnie jak jeszcze nigdy.
- Wszystko w porządku, lekarz mówi,że ma wstrząśnienie mózgu, ale to nic poważnego.
Zauważyłem, że lekarze wyszli, tylkow
kącie pokoju stała młoda, przestraszona pielęgniarka. Mark jużnie
płakał, ale jego głos nadal się łamał, gdy odpowiadał namoje pytanie.
- Czy ja muszę tu zostać? – niepatrzyłem
już na ciało leżące na stole. Nie mogłem. Obróciłemsię w stronę wyjścia i
(dzięki niech będą wszystkim okrutnymbogom rządzących tym światem)
usłyszałem:
- Nie.
Nie potrafiłem zrozumieć skąd wzięłasię ta straszna ulga i w żadnym stopniu mnie ona nie cieszyła.
- Zatem proszę zawieźć mnie do domu,albo
przynajmniej wezwij mi taksówkę. – po tych słowachopuściłem gabinet, a
ktoś podszedł do mnie pchając wózekinwalidzki, na którym siadłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz