Idąc
wwyznaczone miejsce, podziwiałem witryny sklepowe. Większość
tutejszychwłaścicieli stawiała na turystów, dlatego też cały asortyment
był w żywychkolorach, które miały przyciągać wzrok żądnych pamiątek
wycieczkowiczów. Dom, araczej dość spory dworek w stylu wiktoriańskim
stał na końcu ulicy, będąc jakbyjej zwieńczeniem. Wymagał remontu, farba
odłaziła tu i tam. Rynny byłyzardzewiałe i wypełnione tym, co wiatr w
nie nawiał przez lata.
Kobietawyglądająca
na około czterdzieści lat ubrana była w czerwono – czarną
flanelowąkoszulę i dżinsowe ogrodniczki. Stała, czekając zapewne na mnie
na niewielkimdrewnianym ganku. Znudzona rozglądała się we wszystkie
strony. Podszedłem dofurtki, z której odchodziła płatami bladoróżowa,
kiedyś zapewne czerwona farba.Kobieta podeszła do mnie, nim nacisnąłem
dzwonek.
- Jakmniemam pan Marks? – miała ładny, melodyjny głos
- Tak.Przysłał mnie pan… – zawahałem się na chwilę, bo przecież nie znałem jegonazwiska – …ze sklepu.
-
Wiem -odparła z uśmiechem i zamknęła za sobą bramkę, po czym raźnym
krokiem zaczęłaiść drogą, którą przed chwilą przyszedłem. – Mieszkanie
nie jest najwyższychlotów i wymaga trochę pracy, ale ma piękny widok na
morze.
W
pewnymmomencie jej monologu zdałem sobie sprawę, że doszliśmy na plażę.
Tuż przy niejstał sporych rozmiarów betonowy prostokąt, który kiedyś z
pewnością był blokiemmieszkań robotniczych. Weszliśmy po wysokich
schodach na pierwsze piętro.Kobieta szła długo, dopóki nie doszliśmy do
ostatnich drzwi.
Mieszkankobyło
niezbyt duże, składało się z bardzo ciasnej kuchni i z pokoju
dziennego,który zapewne miał mi też służyć za sypialnię oraz z łazienki,
akurat na tyledużej by zmieścił się w niej natrysk, wanna i oczywiście
ubikacja, koło którejstał zlew. Pomieszczenia miały dziwny zgniłozielony
kolor i pierwsze, copomyślałem, to że trzeba to miejsce odmalować
- Nie mamebli ? – spytałem, bo miałem nadzieję na to, że w końcu się prześpię na łóżku.
-
Niestetyznikły razem z poprzednimi lokatorami. Mieszkanie płatne z góry
300 dolarówmiesięcznie, media płacisz sam. – kobieta uśmiechnęła się.
-
Czy 300dolarów to trochę nie za dużo? Wentylacja nie działa. –
Dotknąłem kratki, zktórej powinno lecieć chłodne, rześkie powietrze, a
nie leciało nic. – Meblinie ma, mieszkanie na gwałt potrzebuje
malowania, nie wspomnę, o tym, żekuchenka, która stoi w kuchni nie
działa. – wymieniałem, a uśmiech powolischodził z twarzy kobiety.
- 280 i anicenta mniej – zaczęła się targować.
-
Więcej jak250 nie dam, bo to co kiedyś było wanną, teraz pewnie zagraża
zdrowiu, jeślinie życiu. – wskazałem w stronę łazienki.
-
Niech cibędzie mały, umiesz się targować. Potrzebuje teraz jakiś twój
dokument. -Podałem kobiecie prawo jazdy. – Odbierzesz je w sklepie u
Sama. Proszę – podałami klucze i wyszła.
Rozejrzałemsię po niemal pustym pomieszczeniu i zacząłem planować, co muszę zrobić, by tomiejsce wyglądało jak dom.
Na
samympoczątku wybrałem się do sklepu nieopodal i kupiłem materac i
śpiwór, a wsalonie obok komórkę na kartę. Ustawiłem budzik tak, by mnie
obudził za trzygodziny. Gdy telefon zaczął pikać, wcale nie miałem
ochoty wstać, ale teżwiedziałem że jest kilka rzeczy, które bezwzględnie
muszę zrobić. Wyciągnąłem zplecaka swoje rzeczy, układając je na
niewielką kupkę na materacu.
Krążyłem
pomiasteczku, szukając odpowiednich sklepów, aż dowiedziałem się, że na
skrajumiejscowości stoi niewielki market. Kupiłem granatową farbę do
salonu, bladofioletowądo łazienki i niebieską do kuchni. Trochę narzędzi
i lepszy zamek do drzwi.Detergenty do czyszczenia, bo miałem zamiar
kiedyś wykąpać się w wannie.Miotłę, szczotki, gąbki, trochę naczyń,
lodówkę, łóżko, kuchenkę, szafę itelewizor – obsługa zgodziła się na
transport większych rzeczy, mieli mi jeprzywieść za kilka dni, zaś ja z
moimi podręcznymi zakupami załadowałem się dotaksówki. Podczas jazdy
wychwyciłem jeden zakład piękności, z którego miałemzamiar skorzystać
następnego dnia.
Postawiłemzakupy
w kuchni. Swoje rzeczy przeciągnąłem do łazienki. Najpierw
porządniestarłem podłogę, nie żałując silnego detergentu. W pokoju
zaczęło śmierdziećjak w szpitalu, co spowodowało, że powróciły okropne
wspomnienia. Natychmiastotworzyłem jedno z dużych okien. By zająć ręce,
wziąłem się za malowanie, nietracąc czasu na zdrapanie poprzednich
warstw koloru. Szybko stwierdziłem, żenie pójdzie mi to tak szybko jak
sądziłem. Świeża farba nie bardzo chciałapokryć starą, ale w końcu się
udało. Kiedy skończyłem, była trzecia nad ranem.Szybko umyłem podłogę.
Otworzyłem drugie okno, po czym wyciągnąłem z łazienkimaterac. Zasnąłem
zanim położyłem głowę na poduszkę.
Kolejnydzień
zszedł mi na doprowadzeniu do używalności łazienki i kuchni. Gdzieś
kołopołudnia przerwałem pracę i wybrałem się na miasto. Salon
piękności”Sylvi” stał po drodze do sklepu, w którym miałem
pracować.Przywitały mnie dwie znudzone fryzjerki. Gdy wszedłem,
dyskutowały o czymś zpochmurnymi minami. Podszedłem do pierwszej z pań,
która przerwała pogaduszki izachęcająco się do mnie uśmiechnęła
- Chciałbymściąć i przefarbować włosy – powiedziałem od razu, gdy nastała niezręcznacisza.
- Na jakkrótko i jaki kolor – zagadnęła, wskazując mi gestem, bym usiadła na fotelu
- W sumie samnie wiem, chciałbym wyglądać trochę… normalniej – odpowiedziałem zakłopotany
- W sumie tota twoja fryzurka zwraca na ciebie uwagę – uśmiechnęła się – Może tak do ucha izostawię ci grzywkę, co?
-
Może być –odparłem. Trochę ciężko było mi żegnać się z moimi włosami,
ale nie było innegowyjścia, jeśli nie chciałem rzucać się w oczy.
Kobieta miała rację – o wielełatwiej znaleźć chłopaka z długimi,
farbowanymi na fioletowo włosami, niżblondyna z krótkimi.
- A kolor? –spytała, unosząc moje włosy do góry i przyglądając mi się w lustrze
- Może byćblond albo brązowy
- Chybajednak ciemny – wtrąciła się druga.
- Ja też taksadzę – dodała ta, co miała mnie strzyc.
Wyszedłem wmodną, postrzępioną fryzurą w kolorze kasztanu. W sklepie Sama dowiedziałemsię, że mam przyjść jutro na ósmą rano.
Pod
wieczórmoje mieszkanko wyglądało już o niebo lepiej. Wymyłem wszystkie
powierzchnie,wymalowałem ściany i sufity. Przy pomocy sąsiada pozbyłem
się z mieszkanianiesprawnej kuchenki. Brakowało mi tylko mebli, które
miały przyjechaćkolejnego wieczora.
W
pracybyłem za piętnaście ósma, Sam pokazał mi co, gdzie leży po czym
kazał stanąćprzy kasie. Dostałem śliczną plakietkę z napisem „Uczę się” i
o dziwowszyscy byli mili i czekali aż powoli, acz dokładnie wykonam
wszystkieczynności. Przed zamknięciem kasa fiskalna przestała być dla
mnie problemem,wiedziałem już także mniej więcej, gdzie co leży. Moje
życie zaczęło nabieraćbarw i sensu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz