poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pośrodku piekła znalazłem dom cz.3 R2

Idąc wwyznaczone miejsce, podziwiałem witryny sklepowe. Większość tutejszychwłaścicieli stawiała na turystów, dlatego też cały asortyment był w żywychkolorach, które miały przyciągać wzrok żądnych pamiątek wycieczkowiczów. Dom, araczej dość spory dworek w stylu wiktoriańskim stał na końcu ulicy, będąc jakbyjej zwieńczeniem. Wymagał remontu, farba odłaziła tu i tam. Rynny byłyzardzewiałe i wypełnione tym, co wiatr w nie nawiał przez lata.
Kobietawyglądająca na około czterdzieści lat ubrana była w czerwono – czarną flanelowąkoszulę i dżinsowe ogrodniczki. Stała, czekając zapewne na mnie na niewielkimdrewnianym ganku. Znudzona rozglądała się we wszystkie strony. Podszedłem dofurtki, z której odchodziła płatami bladoróżowa, kiedyś zapewne czerwona farba.Kobieta podeszła do mnie, nim nacisnąłem dzwonek.
- Jakmniemam pan Marks? – miała ładny, melodyjny głos
- Tak.Przysłał mnie pan… – zawahałem się na chwilę, bo przecież nie znałem jegonazwiska – …ze sklepu.
- Wiem -odparła z uśmiechem i zamknęła za sobą bramkę, po czym raźnym krokiem zaczęłaiść drogą, którą przed chwilą przyszedłem. – Mieszkanie nie jest najwyższychlotów i wymaga trochę pracy, ale ma piękny widok na morze.
W pewnymmomencie jej monologu zdałem sobie sprawę, że doszliśmy na plażę. Tuż przy niejstał sporych rozmiarów betonowy prostokąt, który kiedyś z pewnością był blokiemmieszkań robotniczych. Weszliśmy po wysokich schodach na pierwsze piętro.Kobieta szła długo, dopóki nie doszliśmy do ostatnich drzwi.
Mieszkankobyło niezbyt duże, składało się z bardzo ciasnej kuchni i z pokoju dziennego,który zapewne miał mi też służyć za sypialnię oraz z łazienki, akurat na tyledużej by zmieścił się w niej natrysk, wanna i oczywiście ubikacja, koło którejstał zlew. Pomieszczenia miały dziwny zgniłozielony kolor i pierwsze, copomyślałem, to że trzeba to miejsce odmalować
- Nie mamebli ? – spytałem, bo miałem nadzieję na to, że w końcu się prześpię na łóżku.
- Niestetyznikły razem z poprzednimi lokatorami. Mieszkanie płatne z góry 300 dolarówmiesięcznie, media płacisz sam. – kobieta uśmiechnęła się.
- Czy 300dolarów to trochę nie za dużo? Wentylacja nie działa. – Dotknąłem kratki, zktórej powinno lecieć chłodne, rześkie powietrze, a nie leciało nic. – Meblinie ma, mieszkanie na gwałt potrzebuje malowania, nie wspomnę, o tym, żekuchenka, która stoi w kuchni nie działa. – wymieniałem, a uśmiech powolischodził z twarzy kobiety.
- 280 i anicenta mniej – zaczęła się targować.
- Więcej jak250 nie dam, bo to co kiedyś było wanną, teraz pewnie zagraża zdrowiu, jeślinie życiu. – wskazałem w stronę łazienki.
- Niech cibędzie mały, umiesz się targować. Potrzebuje teraz jakiś twój dokument. -Podałem kobiecie prawo jazdy. – Odbierzesz je w sklepie u Sama. Proszę – podałami klucze i wyszła.
Rozejrzałemsię po niemal pustym pomieszczeniu i zacząłem planować, co muszę zrobić, by tomiejsce wyglądało jak dom.
Na samympoczątku wybrałem się do sklepu nieopodal i kupiłem materac i śpiwór, a wsalonie obok komórkę na kartę. Ustawiłem budzik tak, by mnie obudził za trzygodziny. Gdy telefon zaczął pikać, wcale nie miałem ochoty wstać, ale teżwiedziałem że jest kilka rzeczy, które bezwzględnie muszę zrobić. Wyciągnąłem zplecaka swoje rzeczy, układając je na niewielką kupkę na materacu.
Krążyłem pomiasteczku, szukając odpowiednich sklepów, aż dowiedziałem się, że na skrajumiejscowości stoi niewielki market. Kupiłem granatową farbę do salonu, bladofioletowądo łazienki i niebieską do kuchni. Trochę narzędzi i lepszy zamek do drzwi.Detergenty do czyszczenia, bo miałem zamiar kiedyś wykąpać się w wannie.Miotłę, szczotki, gąbki, trochę naczyń, lodówkę, łóżko, kuchenkę, szafę itelewizor – obsługa zgodziła się na transport większych rzeczy, mieli mi jeprzywieść za kilka dni, zaś ja z moimi podręcznymi zakupami załadowałem się dotaksówki. Podczas jazdy wychwyciłem jeden zakład piękności, z którego miałemzamiar skorzystać następnego dnia.
Postawiłemzakupy w kuchni. Swoje rzeczy przeciągnąłem do łazienki. Najpierw porządniestarłem podłogę, nie żałując silnego detergentu. W pokoju zaczęło śmierdziećjak w szpitalu, co spowodowało, że powróciły okropne wspomnienia. Natychmiastotworzyłem jedno z dużych okien. By zająć ręce, wziąłem się za malowanie, nietracąc czasu na zdrapanie poprzednich warstw koloru. Szybko stwierdziłem, żenie pójdzie mi to tak szybko jak sądziłem. Świeża farba nie bardzo chciałapokryć starą, ale w końcu się udało. Kiedy skończyłem, była trzecia nad ranem.Szybko umyłem podłogę. Otworzyłem drugie okno, po czym wyciągnąłem z łazienkimaterac. Zasnąłem zanim położyłem głowę na poduszkę.

Kolejnydzień zszedł mi na doprowadzeniu do używalności łazienki i kuchni. Gdzieś kołopołudnia przerwałem pracę i wybrałem się na miasto. Salon piękności”Sylvi” stał po drodze do sklepu, w którym miałem pracować.Przywitały mnie dwie znudzone fryzjerki. Gdy wszedłem, dyskutowały o czymś zpochmurnymi minami. Podszedłem do pierwszej z pań, która przerwała pogaduszki izachęcająco się do mnie uśmiechnęła
- Chciałbymściąć i przefarbować włosy – powiedziałem od razu, gdy nastała niezręcznacisza.
- Na jakkrótko i jaki kolor – zagadnęła, wskazując mi gestem, bym usiadła na fotelu
- W sumie samnie wiem, chciałbym wyglądać trochę… normalniej – odpowiedziałem zakłopotany
- W sumie tota twoja fryzurka zwraca na ciebie uwagę – uśmiechnęła się – Może tak do ucha izostawię ci grzywkę, co?
- Może być –odparłem. Trochę ciężko było mi żegnać się z moimi włosami, ale nie było innegowyjścia, jeśli nie chciałem rzucać się w oczy. Kobieta miała rację – o wielełatwiej znaleźć chłopaka z długimi, farbowanymi na fioletowo włosami, niżblondyna z krótkimi.
- A kolor? –spytała, unosząc moje włosy do góry i przyglądając mi się w lustrze
- Może byćblond albo brązowy
- Chybajednak ciemny – wtrąciła się druga.
- Ja też taksadzę – dodała ta, co miała mnie strzyc.
Wyszedłem wmodną, postrzępioną fryzurą w kolorze kasztanu. W sklepie Sama dowiedziałemsię, że mam przyjść jutro na ósmą rano.

Pod wieczórmoje mieszkanko wyglądało już o niebo lepiej. Wymyłem wszystkie powierzchnie,wymalowałem ściany i sufity. Przy pomocy sąsiada pozbyłem się z mieszkanianiesprawnej kuchenki. Brakowało mi tylko mebli, które miały przyjechaćkolejnego wieczora.
W pracybyłem za piętnaście ósma, Sam pokazał mi co, gdzie leży po czym kazał stanąćprzy kasie. Dostałem śliczną plakietkę z napisem „Uczę się” i o dziwowszyscy byli mili i czekali aż powoli, acz dokładnie wykonam wszystkieczynności. Przed zamknięciem kasa fiskalna przestała być dla mnie problemem,wiedziałem już także mniej więcej, gdzie co leży. Moje życie zaczęło nabieraćbarw i sensu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz