Wysiadłem na przystanku koło bramy cmentarza.
Kierowca spojrzał na mnie, ale chyba stwierdził, iż nie warto się
wtrącać. Przemierzałem ciemne alejki w poszukiwaniu miejsca, w którym
nie byłem od pogrzebu. Zastanawiałem się czy w domu zauważyli już, że
mnie nie ma i czy mnie szukają. A może Mark nareszcie zauważył, iż do
niczego się nie nadaję i nawet cieszy się, że sobie poszedłem. Ja zaś
znalazłem swój cel, biały postument, a wokoło niego nic prócz trawy i
innych nagrobków. Położyłem dłoń na kamieniu i pierwszy raz od śmierci
rodziców zacząłem ich opłakiwać. Łzy spadały na kamień, delikatnie się o
niego rozpryskując, było mi źle, naprawdę źle. Rozmawiałem z nimi, tak
jakby mogli mi odpowiedzieć, czego oczywiście nie uczynili, choć teraz
bardzo tego potrzebowałem. Nienawidziłem ich za to, że zostawili mnie
samego. Tak bardzo pragnąłem być teraz z nimi, ale jednak nie potrafiłem
się zmusić do przejścia na drugą stronę, może dlatego, iż wciąż miałem
nadzieję.
Tak długo użalałem się nad swoim losem, że w końcu ze zmęczenia zasnąłem. Czułem się jednak o wiele lepiej.
Rano obudziłem się w swoim łóżku, na kanapie leżał
Alexander, a na krześle obok mego łóżka spał Mark. Gdy chciałem się
obrócić zauważyłem, iż jedną z rąk mam przykutą do ramy śmiesznymi
futrzanymi kajdankami. Po chwili do pokoju wszedł Raphael. Był blady i
miał podkrążone oczy.
– Jak się czujesz? – spytał, gdy zauważył, że nie śpię już.
– Dobrze. – odpowiedziałem uśmiechając się. – Jak ja się tu znalazłem?
– Wybacz mi, że cię wtedy pocałowałem. Nie sądziłem, że tak zareagujesz.
– Skąd…? To nie tak.
– Jeden z
klientów Sary cię znalazł, bo był akurat na cmentarzu. Podsłuchał to, co
mówiłeś, a właściwie, co wypłakałeś. – nie patrzył na mnie. Widziałem,
że mu z tym źle, w dłoniach gniótł skrawek bluzki.
– To nie
twoja wina, po prostu za długo dusiłem w sobie zbyt wiele rzeczy. –
chciałem wstać i go przytulić, ale powstrzymały mnie kajdanki, które
dość głośno zadzwoniły.
– Brakuje ci rodziców?
– Tak. – teraz ja odwróciłem wzrok. Nie chciałem, by wiedział mnie takim.
– Ja nigdy
swoich nie znałem. To Mark stał mi się ojcem. – uśmiechnął się do
śpiącego. – Nawet nie wiesz jak się wczoraj o ciebie baliśmy, byłeś w
tak kiepskim stanie. Mark powiedział mi, że miałeś coś podobnego wtedy
na początku, gdy zobaczyłem sińce. Ale teraz się nie martw, odpoczniesz
sobie, możliwe, że przegiąłem z szybkością nauczania.
– Ale ja już
czuję się dobrze. Naprawdę nic mi nie jest. – znów chciałem się
podnieść, ale kajdanki z brzdękiem mi w tym przeszkodziły.
Nic mi na to nie odpowiedział. Dotknął ramienia
Marka, a potem obudził Alexandra, który jak tylko zobaczył, że nie śpię
przywarł do mnie. Głaskał mnie po głowie, a ja się do niego uśmiechałem.
– Jak się czujesz malutki?
– Już wszystko jest w porządku. – na podkreślenie swych słów szeroko się do niego uśmiechnąłem.
– Nigdy
więcej mi tego nie rób! Wiesz, co przeżyłem, gdy tu wszedłem, a ciebie
nie było? Nikt nie wiedział gdzie się podziałeś. Dopiero sprawdzając
zapis z kamer wejściowych zobaczyliśmy, że wyszedłeś, ale wyglądałeś,
tak jakbyś nie był przytomny. Tak się strasznie bałem. – w jego oczach
szkliły się łzy, nie rozumiałem, czemu tak bardzo się mną przejmuje.
– Przepraszam, wiem, że nie powinienem był wychodzić.
– To już nie ważne. – skwitował Mark. – Zaraz pójdziemy na śniadanie, a potem cały dzień będziesz się wylegiwał w ogrodzie.
– To zbyteczne, mogę wrócić na zajęcia. – zaoponowałem.
– Nie, to
jest jak najbardziej potrzebne, bo jesteś delikatniejszy niż sądziłem.
Zresztą to polecenie. – nie było sensu kłuci się z Markiem, bo i tak bym
go nie przekonał.
– Skoro tak,
dzień na słoneczku dobrze mi zrobi. – znów się uśmiechnąłem, chciałem
im w ten sposób pokazać, że naprawdę jest już wszystko porządku, ale
niestety na nich to nie działało.
Rozkłuto mnie, a potem pod bacznym okiem Raphaela
się wykąpałem. Byłem pilnowany, nigdzie nie wolno mi było wyjść bez
obstawy. Raphael nie wypuszczał mojej dłoni ze swojej. Nawet do kibla
mnie odprowadzał. Trochę mnie to denerwowało, ale wiedziałem, że sobie
zasłużyłem. Cały dzień przeleżałem na leżaku w ogrodzie. Uznałem, że
skoro nie mogę iść na zajęcia, to sam się pouczę. Raphael leżał na
leżaku obok i grał w gameboy’a, a ja kułem podręcznik od historii.
Skończywszy go wziąłem się za ten od etykiety. Na obiad w
przeciwieństwie do całej reszty dostałem wysoko kaloryczne rzeczy.
Frytki i stek, a do tego surówka. Objadłem się tak, iż nie mogłem się
ruszyć. Widziałem zazdrosne miny moich kolegów, którzy na obiad dostali
surówkę i rybę na parze. Prawdę mówiąc właściwie nie tęskniłem za górą
kalorii, bo smakowały mi bogate w witaminy, za to ubogie w tłuszcze
dania. Na deser dostałem lody z potężną dawką czekolady. Och jak ławo
było ich przejrzeć. Słońce i czekolada to znane od wieków sposoby na
depresję. Kolejnego dnia Raphael zabrał mnie do miasta. Nawet
zapomniałem, że miałem jeszcze jeden dzień wolnego. Tak wiele się
wydarzyło od tego mojego pamiętnego pierwszego razu. Mark wypłacił mi
1500 dolarów. Jego, a właściwie moje 30% z pierwszego razu.
Raphael zawiózł mnie do centrum handlowego, gdzie
kupiłem sobie piżamę, w końcu miałem taką, jaką chciałem. Potem kino i
lody. Bawiłem się cudownie. Zjedliśmy nawet pizzę, ale Raphael zabronił
mówić o tym Markowi. Łaziliśmy po sklepach, kupiłem parę ładnych ubrań.
Zaczepiliśmy o salon prasowy gdzie zaopatrzyłem się w parę książek i
płyt.
Dopiero wieczorem wróciliśmy do domu, by się
przebrać i wybyć do klubu. Nigdy nie byłem w takim miejscu, zresztą
jeszcze przez 7 lat nie powinienem do żadnego wchodzić. W sumie Raphael
też nie miał jeszcze 21 lat, ale jakoś nikt specjalnie się tym nie
przejmował. Tańczyłem otoczony przez wianuszek mężczyzn, w ramionach
mego opiekuna. Było super, zamiast alkoholu piłem cole. Właśnie wyrwałem
się z wiru zabawy, by poprosić barmana o jeszcze jedną szklankę
słodkiego napoju, gdy ktoś pociągnął mnie tak, że upadłem na jego
kolana.
– Już ci lepiej Gabrysiu?
– Kim pan jest? – nie znałem mężczyzny, u którego teraz siedziałem na kolanach.
– To ja cię znalazłem wtedy na cmentarzu. – szepnął mi do ucha owiewając je zimnym oddechem.
Zauważyłem, że Raphael zaczyna się bacznie
rozglądać szukając mojej osoby, ale nie dostrzega jej, a mężczyzna ani
myślał mnie puścić:
– Byłeś taki
smutny, że aż mi się ciebie żal zrobiło. Jak tylko zasnąłeś zabrałem
cię do Marka, choć miałem przemożną ochotę zanieść cię do siebie i już
nigdy nie wypuścić ze swej sypialni. – jego głos był nieprzyjemny, w
jakiś irracjonalny sposób przypominał mi syk węża.
Mężczyzna był dziwnie zimny i straszny, więc
chciałem od niego uciec, ale nie mogłem się wyrwać, a im bardziej się
wierciłem tym on silniej zaciskał ręce wkoło mojej talii. Zacząłem z
bezradności płakać.
– Puść mnie proszę. – próbowałem rozewrzeć jakoś jego palce splecione na moim brzuchu.
– Nie.
Najpierw dostanę coś za to, że nie zostawiłem cię na pastwę losu na tym
cmentarzu. – polizał mnie za uchem, na co zacząłem wyrywać się jeszcze
bardziej.
– Proszę puść.
Moje błagania usłyszał jakiś osiłek, który koło nas przechodził, spojrzał na mnie i od razu zareagował:
– Nie słyszałeś, co dzieciak ci powiedział zboczeńcu? – podparł się pod boki, że wyglądał na jeszcze większego i groźnego.
– Nie wtrącaj się. – zasyczał mój oprawca. – On jest mi coś winien.
– Ile ci jest winien, zapłacę za niego.
– O nie, on
mi to odda w naturze. – wystraszyłem się jeszcze bardziej, zacząłem się
wyrywać, ale czułem się tak jakbym się siłował z kamiennym posągiem.
– Jak możesz wykorzystywać niewinne dziecko? – mężczyzna był oburzony, a na jego twarzy wymalował się wstręt do mojego oprawcy.
– On nie jest niewinny, to dziwka. – zaśmiał się żmijowaty.
– Zresztą, po co ja z tobą dyskutuję, masz natychmiast puścić dzieciaka, albo… – podniósł głos niemal do krzyku.
– Albo co mi zrobisz? – powiedział rozbawiony mężczyzna.
Olbrzym wkurzył się na te słowa i chciał przywalić
mojemu oprawcy. Nawet nie zauważyłem, że facet się ruszył, a mój
domniemany wybawca przeleciał przez pół sali. Spojrzał na mężczyznę i
uciekł.
– Czego chcesz? – wychlipałem, miałem dość tej sytuacji. Chciałem się uwolnić z ramion, tego dziwnego mężczyzny.
– Chcę żebyś
mnie pocałował. – pocałowałem go w policzek. – Nie rozśmieszaj mnie,
chcę poczuć twój język w moich ustach, chcę poczuć smak twojej śliny.
Zamknąłem oczy i pozwoliłem, by całował moje usta.
Po moich policzkach lały się łzy, ale on na to nie baczył. Kiedy w końcu
mnie puścił zobaczyłem przed sobą Raphaela.
– Wiesz co Kamilku, wstydziłbyś się. Próbuję jakoś poprawić mu humor, a ty robisz takie świństwo.
– Do zobaczenia Raphaelu na kolejnym przyjściu. Przygotuj się na ból, który ci zadam.
– Chcę stąd iść. – powiedziałem.
Po chwili siedzieliśmy już w aucie. Płakałem jeszcze dłuższy czas, ale potem było już dobrze.
– Jak się czujesz? – Raphael pochwycił mą dłoń w swoją.
– Wszystko w porządku. – odpowiedziałem próbując się uspokoić.
– Na pewno? – przyglądał mi się z troską.
– Tak. – pokiwałem głową na podkreślenie swych słów.
– Powinienem cię lepiej pilnować, ale ze mnie super opiekun.
– Nie zadręczaj się. Nic mi nie jest, tylko trochę się wystraszyłem. On był taki dziwny.
– Nie przejmuj się nim, to świr. Tylko Sara go znosi, bo facet dużo płaci.
– Sara też jest dziwna, prawie w ogóle się nie odzywa.
– Sara
bardzo wiele w swoim życiu przeszła, do tego ma trzy młodsze siostry,
którymi zajmuje się jej ciotka i córkę u rodziny zastępczej w Nowym
Meksyku. Bierze tylu klientów, żeby wszystkie cztery mogły dostatnio
żyć, więc jej nie osądzaj. – powiedział z naganą w głosie.
– Ja jej nie
osądzam, ona po prostu bardzo rzadko się odzywa i częściej przypomina
kamień niż człowieka. – starłem się usprawiedliwić swoje sądy.
– W sumie masz rację, jest dziwna. – dodał rozbawiony moją dedukcją. – Jedziemy do domu?
– Tak, mam dość wrażeń, jak na jeden dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz