Nad ranem Bachus zabrał mnie najprawdopodobniej do swojej sypialni.
Wtulony w jego zimny bok przespałem cały dzień. Wieczorem obudziłem się
tylko po to, by zjeść obfitą kolację i znów zapaść w przyjemny sen. Rano
obudziły mnie czyjeś dłonie gmerające w moim tyłku. Otworzyłem oczy i
ujrzałem wampira -doktora.
- Jak się czujesz aniołku? –spytał,
sięgając dłonią do tacy leżącej obok mnie i biorąc stamtąd dziwną maść.
-Nie ruszaj się przez chwilkę, dobrze? -poczułem jak rozprowadza mazidło
zarówno wewnątrz, jak z zewnątrz mojego zwieracza.
- Dobrze, ale chce mi się spać.
- Przespałeś już ponad dobę. -Ściągnął rękawiczki i podszedł do mojej głowy, by poświecić mi latareczką po oczach.
- Wiem, ale nadal jestem bardzo zmęczony. -Obróciłem głowę do poduszki, gdy tylko skończył zabawy z świeceniem po oczach.
-
Uważam jednak, że powinieneś wstać i trochę się poruszać. -Złapał mnie
za ramie, obracając do siebie. -Potem odwiozę cię do Marka.
Przy
jego pomocy, wykąpałem się, a potem ubrałem. Ze schodów jednak on mnie
zniósł, bo nie byłem wstanie zejść sam. Nie wiedziałem, że można mieć
zakwasy w mięśniach odbytu. Byłem koszmarnie zmęczony. Przespałem całą
podróż samochodem, do łóżka też mnie zaniesiono, bo nie miałem ochoty z
nikim rozmawiać, więc udawałem, że po prostu śpię. Nie dano mi jednak
długo odpocząć, po południu przyszedł do mnie Raphael i kazał mi wstać z
łóżka.
- Jak się nie zaczniesz ruszać, to nigdy nie wydalisz z
organizmu wampirzej krwi i będziesz spał do końca życia! –warknął, kiedy
nie chciałem się podnieść z łóżka
- Ale ja je… –Ziewnąłem. – …stem taki zmęczony. -Podrapałem się po zawartości bokserek, które miałem na sobie.
- Tak jest zawsze. -Rozwichrzył mi włosy dłonią.
Podniósł
mnie z łóżka, ubrał w luźne ciuchy i z pomocą Jarema, zabrał do
siłowni. Czułem się tak, jakbym znów był na fizjoterapii. Poruszali moim
ciałem, zginali kolana, ręce, męczyli i dręczyli przez dobre dwie
godziny. Pod koniec, o dziwo, odzyskałem siły i mogłem już ćwiczyć sam .
Z każdym skłonem lub brzuszkiem zmęczenie ustępowało, co jednak
oznaczało, że mój organizm zaczął normalną pracę. Wylądowałem w kiblu na
dobrą godzinę, czyszcząc swój organizm z wszystkiego, co kiedykolwiek
się tam znalazło. Gdy w końcu stamtąd wyszedłem, byłem równie słaby i
zmęczony jak rano. Chłopaki śmiali się ze mnie, jednak twierdząc, że to
najnormalniejszy objaw po spożyciu takiej ilości wampirzej krwi.
Gdy
w końcu dociągnąłem się do jadalni, okazała się, że obiad już dawno się
skoczył, a do kolacji jeszcze daleko, jednak Mark o mnie nie zapomniał i
zalecił pani kucharce przygotowanie specjalnej porcji dla mnie, która
czekała na mnie w lodówce od rana. Dostałem talerz pełen mięsa i gęsty
mus z czerwonych buraków do wypicia. Chciało mi się rzygać na sam jego
widok, ale pod bacznym okiem moich opiekunów byłem zmuszony to wypić do
dna. Smakowało równie okropnie, jak wyglądało. Poza tym, bardzo
przypominało mi zawartość kielicha, jakim uraczył mnie Bachus. Za to
mięsko -paluszki lizać. Dawno nie jadłem niczego usmażonego na tłuszczu,
niebo w gębie.
Jeszcze dobrze nie opróżniłem talerza a Raphael
wrzasnął z salonu, że mam biec na górę i się pakować, bo jedziemy do
Vladimira. „Biec” -w moim wykonaniu wyglądało, jak spacer żółwia.
Stawiałem małe kroczki, żeby nie urazić mojego naruszonego tyłka, który
rwał i piekł przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Nie bardzo miałem ochotę
jechać. Byłem zmęczony, a raczej wypompowany tą całą sytuacją. Jedyne,
na co miałem ochotę, to długa, relaksująca kąpiel, masaż a potem
łóżeczko, ale nie <Gabriel idź na górę szybciutko, pakuj się, bo już
jesteśmy spóźnieni>. Miałem go ochotę zamordować, albo przynajmniej
mu walnąć, ale oczywiście nie mogłem, tylko niemal bez szemrania
wykonałem jego polecenia.
Kiedy wsadziłem swój obolały tyłek w samolot, usłyszałem:
-
W ten weekend nie będziesz się obijał, razem z Vladimirem damy ci
kilka lekcji pokazowych. -Uśmiechnął się do swoich myśli, zapinając pas
bezpieczeństwa przed startem.
- Czy to konieczne? –spytałem,
szarpiąc się z przeklętym pasem, który nie chciał za żadne skarby się
zapiąć. -Jestem skonany -ziewnąłem dla podkreślania swych słów.
-
Słuchaj, wampir, mimo wielu podobieństw, to nie człowiek. Teraz nie
tylko będziesz musiał pilnować gumki, ale też tego, by nie wypił z
ciebie całej krwi. -Przeraziłem się na te słowa, nie sądziłem, że to
będzie należało do moich obowiązków. –Co poniektórym potrzeba
przypominać o umiarze. Musisz się nauczyć jak reagować na nowe bodźce.
-Samolot zaczął kołować, szykując się do startu. -Wiesz już dobrze, jak
ciężko jest się powstrzymać, jak piją twoją krew. -Dotknął dłonią swojej
szyi, przejeżdżając palcem po malince, która się tam znajdowała. -A ty
nie tylko siebie musisz powstrzymać, ale także swojego partnera, który,
rozsmakowany w krwi, nie umie się zatrzymać. Pamiętaj także, jak oni są
silni i, że choćby twój najmocniejszy cios może ich jedynie przywrócić
do świadomości, niźli powstrzymać.
- Rozumiem -szepnąłem przerażony.
-
Do poniedziałku będziemy u Vladimira, a potem przyjedzie po ciebie
Amadeo. -Samolot wystartował, wbijając mnie w fotel. Nienawidziłem tej
fazy lotu.
- To będzie trening, czy klient. -Nie bardzo miałem ochotę na ponowne spotkanie z nim, było w nim coś, co mnie przerażało.
-
Klient i trening w jednym. Amadeo nauczy cię panować nad sobą, ale
płaci jak normalny klient zrozumiałeś? -Patrzyłem jak bawi się nitką
wychodzącą z pokrowca czarno -czerwonego fotela.
- Tak.
-Ziewnąłem, bo coraz bardziej zacząłem odczuwać oznaki zmęczenia, które
zeszło na drugi plan podczas szału pakowania się.
Bałem się trochę, ale przecież znałem oba wampiry, wiedziałem, ze nie zrobią mi krzywdy, a przynajmniej miałem taką nadzieję.
Nim
się obejrzałem, zapadłem w niespokojną drzemkę. Śniła mi się inicjacja,
głównie te nieprzyjemne i najbardziej upokarzające momenty. Raphael
obudził mnie twierdząc, że płakałem przez sen. Śniło mi się coś, czego
nie rozumiałem, to właśnie ta cześć najbardziej mnie przeraziła. Gdy
uniosłem głowę znad stołu, ujrzałem moich rodziców stojących po
przeciwnych stronach Bachusa. Patrzyli na mnie z politowaniem, kręcili
głowami, nie chciałem patrzeć na usta mojej matki mówiące: „Wstydzę się
ciebie!” i ojca: „Popatrz co ze sobą zrobiłeś!”. A gdy obróciłem, głowę
do tyłu, zobaczyłem, że klapsy zadaje mi mój wuj, który, między jednym a
drugim ciosem wrzeszczy, że jestem kurwą i nadaję się tylko do dawania
dupy. Pierwszy raz widziałem we śnie tak wyraźnie swoich rodziców, a
jednocześnie po raz pierwszy tak bardzo nie chciałem ich widzieć. Moja
matka była taką piękną kobietą, wdałem się w nią, nie w ojca, który był
potężnej budowy ciała. Kiedy mieszkałem jeszcze u wuja, żałowałem, że
nie jestem taki wysoki i silny, jak mój tata. Wtedy mógłbym się bronić.
Sen
rozbił mnie całkowicie. Jeśli miałem zły humor przed wylotem, to teraz
przybrał on najpaskudniejszą ze swoich form. Raphael podejrzliwie mi się
przypatrywał, ale nie podjął tematu. To ja go zacząłem, gdy wsiedliśmy
do auta.
- Myślisz, że moi rodzie wstydzą się mnie? -Nie patrzyłem
na niego zadając to pytanie, udawałem, że strasznie zafrapował mnie
widok za oknem.
- Niby, za co? -spytał zaskoczony, odrywając się do lektury gazety.
- Jestem dziwką -powiedziałem cichutko.
- Ja też i co z tego? -Złapał mnie za brodę obracając moją twarz tak, by spojrzeć mi w oczy.
-
Oni byli katolikami, a ja -przełknąłem łzy, które zaczęły we mnie
wzbierać -oddaje swoje ciało za pieniądze -po czym już ciszej dodałem -i
to mężczyzną. -Przetarłem oczy dla niepoznaki, wycierając w ten sposób
nieznośną łzę, która chciała spłynąć mi z oka.
- Co cię wzięło na
takie przemyślenia? -Pogłaskał mój policzek, przyciągając mnie bliżej
siebie i otaczając drugim ramieniem. -Co ci się śniło? -Jak łatwo mnie
rozgryzł.
- Coś bardzo nieprzyjemnego. -Na moje słowa jedynie westchnął i roztargał mi włosy.
-
Posłuchaj mnie. Idę o zakład, że twoi rodzicie, gdziekolwiek teraz są,
kochają cię, nie wiem, czy są z ciebie dumni, czy nie, ale na pewno
zrozumieliby, że robisz to po to żeby przeżyć. -Pokiwałem głową w
odpowiedzi. -Ja nie miałem takich dylematów. Moja matka, tak jak my,
była dziwką, ojcem pewnie któryś z klientów lub jej sutener. Zapiała się
na śmierć, kiedy miałem 12 lat, co mogłem robić? -Wiedziałem, że nie
liczy na odpowiedź, tylko bardziej wtuliłem się w jego bok, chciałem mu
dodać otuchy, gdyż chciałem poznać jego historię. -Niczego nie
potrafiłem oprócz… W końcu się przemogłem, byłem głodny, zmarznięty i
całkiem sam bez niczyjej pomocy. Ściągnąłem bluzę i w za dużym
podkoszulku i przetartych dżinsach, które w ogóle nie nadawały mi
żadnego uroku, stanąłem na ulicy obleganej przez męskie prostytutki.
Byłem brudny i kaszlałem, bo się przeziębiłem. Auta przejeżdżały obok
mnie, ale żaden kierowca nie zdecydował się przy mnie zatrzymać i zabrać
mnie do ciepłego i suchego wnętrza samochodu. Klienci mojej matki nie
raz się do mnie dobierali i nie raz mnie mieli, wiedziałem, na co się
piszę, mimo to, strasznie się bałem. W końcu koło mnie zatrzymał się
czarny mercedes… -Zamilkł na dłuższą chwilę.
- To był Mark?
–dopowiedziałem, starając się uśmiechem dodać mu otuchy. Wiedziałem, że
te wydarzenia nadal są dla niego żywe i, że go bolą.
- Nie.
-Uśmiechnął się do mnie słabo wplatając mi palce we włosy i, w ten
sposób, delikatnie masując mi skórę głowy. -To był Daniel, jeden z nas.
Był diabelnie przystojny, wypielęgnowany, po raz pierwszy w życiu
widziałem kogoś takiego na żywo. Jak ja chciałem tak wyglądać. Dotknąłem
swojego brzucha, ale pod palcami wyczułem same żebra obleczone skórą, a
u niego przy każdym oddechu poruszały się twarde mięśnie. Byłem
przeszczęśliwy, że wybrał mnie ktoś taki. Już sobie wyobrażałem jak będę
go dotykał. Długie ciemno purpurowe włosy miał spięte w gruby warkocz.
Dotknąłem swoich złotych, ale wtedy tak brudnych, że niemal szarych
włosów. On zamiast jednak zabrać mnie do swojego domu na szybki numerek,
zaczął mi opowiadać o miejscu, które nazywał domem. Zabrał mnie do
Marka, nie spodobałem się mu, ale Daniel się nie poddał. Zabrał mnie do
siebie i porządnie wyszorował, ubrał w śliczne ciuchy, po czym na powrót
zaprowadził do gabinetu. Mimo wszystko, Mark nie chciał się zgodzić, bo
byłem za młody. Nie odesłał mnie jednak z powrotem na ulicę. Przez
pierwsze dwa lata szorowałem podłogi, sprzątałem pokoje, a w wolnym
czasie Daniel uczył mnie. To dzięki niemu teraz żyję, gdybym został na
ulicy… -Nie skończył zdania. Po prostu pokręcił głową jak gdyby
odganiając od siebie złe myśli.
- To ile ty już lat jesteś u Marka? -spytałem po dłuższej chwili ciszy.
- Już prawie dziewięć. -Uśmiechnął się.
- A co potem? – W mojej głowie rodził się plan.
- Prawdę mówiąc, nie wiem. Dlatego jeszcze nie odszedłem. -Widziałem zakłopotanie malujące się na jego twarzy.
- A mogę coś ci zaproponować? -Odpiąłem pas i wgramoliłem się mu na kolana, szepcząc do ucha.
- Tak.
- Bo widzisz, ja mam pewien plan, co potem, ale ja nie chcę sam, nie umiem sam.
- To znaczy? -Objął mnie szczelniej ramieniem, poprawiając mnie sobie na kolanach.
-
Może zamieszkamy razem, kupimy dom przy plaży i otworzymy mały sklepik
z pamiątkami i sprzętem surfingowym? -Uśmiechnął się do mnie, po czym
na powrót zafrasował.
- Ciekawy pomysł, ale nie wolałbyś związać się z kimś z zewnątrz? Z kimś, kogo pokochasz?
- Ja raczej z nikim… Potem… -Pokiwał głową, że rozumie. -Będziemy wspólnikami.
- Przemyślę twoją propozycję. -Zakończyliśmy rozmowę, bo dojechaliśmy na miejsce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz