Obudziłem się sam w łóżku, nikt przy mnie nie leżał. Odruchowo
chwyciłem za łańcuszek na szyi, nie było go. Przeraziłem się nie na
żarty.
Zacząłem przegrzebywać pościel, ale nigdzie go nie było. nie
mogłem zgubić Jego ulubionego krzyżyka, nie mogłem. Siadłem po turecku
na środku rozgrzebanej pościeli i zacząłem płakać. Po chwili w mojej
sypialni były dwa wampiry, a za nimi zziajany wbiegł do pokoju Raphael.
-
Co się stało maluszku? – spytał mnie Vladimir tuląc moje plecy do
swojej klatki piersiowej, nawet nie zauważyłem momentu, w którym za mną
usiadł.
Nie odpowiedziałem nadal desperacko macałem szyję. Amadeo
przypatrywał mi się nie wiedząc co robić, Vladimir mnie głaskał, jednak
to działania Raphaela wyrwały mnie z kolejnego ataku. Wiedziałem, że
jest wysportowany, ale takiej siły się u niego nie spodziewałem. Kiedy
on rozcierał dłoń, ja masowałem policzek, na którym z pewnością odbił
się wyraźny odcisk jego palców.
- Dobra mały co się stało? -spytał przyglądając się swojej zmaltretowanej dłoni.
- Nie ma… Zginął… – znów zacząłem płakać, nie mogłem uwierzyć w swoją głupotę.
- Co zginęło? -wszyscy spojrzeli na mnie jak na specjalnej troski.
- Łańcuszek… Krzyżyk… Jego krzyżyk. -łkałem.
-
A to… – odezwał się Amadeo wyciągając z kieszeni moją zgubę. – Jak
wczoraj brałem cię na ręce niechcący go zerwałem. Miałem go naprawić i
ci oddać. -wyciągnął do mnie dłoń.
Natychmiast zabrałem go od wampira i do siebie przytuliłem. Po czym wysyczałem:
-
Nigdy więcej go nie dotykaj. Nikt nie ma prawa go ruszać. -wszyscy
spojrzeli na mnie jak na wariata, ale nikt już się nie odezwał.
Położyłem
łańcuszek na poduszce, a swoją głowę koło niego, delikatnie go
głaszcząc znów zamknąłem oczy spokojnie zasypiając. Wstałem wieczorem.
Chcieli mnie zmusić do jedzenia, ale ja nie byłem głodny, nawet lody mi
obrzydły. Z każdym dniem jadłem coraz mniej i spałem coraz więcej.
Vladimir z Raphaelem próbowali wmuszać we mnie jedzenie, ale jeśli
zjadłem choćby odrobinkę więcej natychmiast mój żołądek wszystko ze mnie
wyrzucał.
Amadeo pił moja krew, sądził, że w ten sposób pobudzi
łaknienie. Oczywiście mu się nie udało. W końcu wezwali Marka, który
zabrał mnie do szpitala.
Czułem się tam strasznie. A kiedy
usłyszałem, że muszę zostać na noc o mało nie dostałem histerii. Dopiero
po podaniu środków uspokajających udało im się nade mną zapanować.
Mark
wyjaśnił lekarzom co powoduje moje zachowanie. A potem powiedział mu,
że topiłem smutki w przygodnym seksie. Badali mnie, pobierali mi krew.
Potem
endoskopowo sprawdzali przełyk, a potem taką samą kamerę wpakowali w
tyłek. Oczywiście nie stwierdzili nic prócz anemii i wyczerpania. Po
nocy pełnej koszmarów kolejnego ranka wyszedłem ze szpitala. Mimo, że
lekarze mówili bym został Marek nie chciał mnie narażać na większy stres
psychiczny.
Wróciłem do swojego pokoju, który był taki pusty bez
jego milczącej postaci. nie spędziłem tam jednak zbyt wiele czasu.
Bachus wezwał mnie do siebie kolejnego dnia. Uśmiechnąłem się choć ten
uśmiech był sztuczny, po prostu nie chciałem by Bachus widział mnie
takim.
Przybrałem pozę posłusznej dziwki, którą w końcu tak dobrze mi
wpojono. Jednak wampirowi nie chodziło o mój tyłek, ściągnął mnie do
swojego domu w jednym celu, to była kolejna próba wyciągnięcia mnie z
depresji. Miałem już tego dość, chciałem wrzeszczeć by przestali się
nade mną użalać, to w końcu nie ja byłem martwy, a on… A może ja też.
W
momencie kiedy Bachus starał się mnie pocieszyć znajdując mi coraz to
nowsze zajęcia podjąłem decyzję, że koniec z żałobą, mimo że moje serce
nadal było jedną wielka krwawiącą raną. Wróciłem do domu odmieniony, a
przynajmniej zewnętrznie. Mark patrzył na moje niezwykłe uleczenie
podejrzliwie, ale przecież był przedsiębiorcą, a ja tylko towarem. Po
kilku dniach wróciłem do pracy. Wszyscy moi klienci jednak traktowali
mnie z jakąś dozą delikatności, nie podobało mi się to, chciałem się
zatracić, ale w takim wypadku nie było to możliwe. Po miesiącu
przedstawiłem Markowi moją prośbę o zwiększenie liczby moich klientów i
mimo tych samych argumentów jakich użyłem przy opróżnianiu jego pokoju,
zgodził się. Pozornie było ze mną wszystko w porządku, ale ja sam czułem
się jak wrak człowieka, jak chodzący trup.
Przez moją sypialnię przewijał się klient za klientem i powoli zacząłem się za to nienawidzić.
Nie
zaprzyjaźniłem się z nikim, oddałem nawet Patricka, którym opiekował
się teraz Manuel. Dla wszystkich byłem miły, ale nikogo nie wpuściłem do
swojego świata. To była zamknięta planeta, pełna bólu, niespełnionych
marzeń i nadziei, oczekiwań.
Moje serce było tą planetą, kiedyś
zieloną, wypełnioną miłością i różnokolorowymi motylkami, teraz pustą,
kamienistą, wypełnioną lawą, która wyzierała się z każdej rozpadliny.
Ten dzień nie różnił się niczym od innych. Impreza u Bachusa, ja jako
towarzysz Amadeo. Właśnie wtedy znów się zerwałem -odleciałem. Nie było
mnie dłuższy czas, bo jak się obudziłem leżałem w jednej z sypialni na
górze, a nade mną stał Mark, Bachus, Vladimir, Raphael i oczywiście
Amadeo. Długo leżałem udając, że jeszcze śpię. Słyszałem jak się kłócą:
- To nie może tak dalej być! – ton Bachusa był rozkazujący.
- Ale co ja niby mam zrobić? Wysłać go do zakładu? – Marek za to był załamany.
- Nie tylko nie zakład! – Raphael płakał.
Czułem się winny, nie chciałem by cierpieli z mojego powodu. Stwierdziłem wtedy, że muszę z tym skończyć.
Uznałem, że jak nie będą na mnie patrzeć, to ich ból będzie mniejszy.
- Może nie zakład, ale terapia? – zaproponował Vladimir.
- A co my niby próbujemy robić od półtora miesiąca? – warknął Mark.
Nie
sądziłem, że od jego śmierci minęło już tyle czasu. Tak bardzo za nim
tęskniłem, za jego zapachem, smakiem, gładkością jego ciała. Tak bardzo
chciałem, by znów mnie przytulił.
- Myślałem o profesjonalnej terapii. O jakiś lekach. – westchnął wampir
-
On nie weźmie psychotropów. – Raphael oczywiście wiedział co mówi. Te
leki zabijają duszę i mimo że moja teraz pochłonięta jest przez
płomienie, to nie potrafię się z nią rozstać.
- Bachus nie patrz tak
na mnie! Nie zostawię go samemu sobie, dobrze wiesz, że każde z tych
dzieci jest mi jak własne.- Mark ukrył twarz w dłoniach, siadając na
skraju łóżka. – A jeśli on się zabije?
- To będzie to jego decyzja.
-Bachus chyba już podjął swoja decyzję. Czyli miałem odejść, może i miał
rację, ale czy ja naprawdę potrafiłbym żyć teraz sam. W pustym domu,
bez żadnego towarzystwa, bez choćby jednej osoby, do której można się
odezwać. Moje myśli krążyły koło tego tematu wiele godzin i mimo, że
decyzję podjąłem znacznie wcześniej, to utwierdziłem się w tym
przekonaniu dopiero, gdy wszyscy wyszli z pokoju. Nie chciałem dłużej
krzywdzić ich wszystkich. Odczekałem jeszcze kilka godzin by upewnić się
że wszyscy na dole są zbyt zajęci sobą, by zainteresować się tym czy
nadal śpię. Bałem się jak nigdy wcześniej, wymykanie zdało się
trudniejsze niż mogłem sobie wyobrazić. W końcu jednak z cichym
trzaskiem drzwi kuchenne się za mną zamknęły, a ja zacząłem biec jakby
gonił mnie sam diabeł. Szybko złapałem autobus nie patrząc nawet na
numer. Wysiadłem przy galerii handlowej. Pierwsze co zrobiłem to
poszedłem do bankomatu i wybrałem wszystkie pieniądze z podręcznego
konta. Nie było ich za wiele, ale wiedziałem kto na pewno nie odmówi mi
pomocy, a z pewnością mnie nie wyda. Przecież nie chciałem, żeby mnie
znaleziono. Chciałem zapomnieć, chciałem zacząć od nowa. Wrzuciłem
dokumenty, kartę i zniszczony przez mój but telefon do kubła.
Rozmieniłem pieniądze i z budki zadzwoniłem do człowieka, który kiedyś
bardzo mnie skrzywdził, a który teraz był moją jedyną nadzieją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz