To Raphael
zVladimirem po mnie przyjechali. Nie zabrali mnie jednak do domu,tylko
do mieszkania Amadeo. Byłem taki spokojny, nie chciało misię nawet
płakać. Amadeo zaleczył wszystkie moje rany swojąkrwią. Byłem zdrowy,
a on… martwy. Położyłem się na łóżkui okryłem kołdrą. Najnormalniej w
świecie zasnąłem. Nic misię nie śniło, sen był pusty, tak jak ja.
Amadeo przyszedł domnie późno. Obudził mnie, kładąc się koło mnie.
Przezkrótką chwilę myślałem, że to Chris dopóki niezdałem sobie sprawy,
że on… nie żyje. Od razu rzuciłem się naAmadea. Dał mi to, czego
chciałem. Seks skutecznie zapełniałpustkę, na te kilka chwil znów
stawałem się człowiekiem anie pustą powłoką. Robiliśmy to tyle razy,
że w końcu zezmęczenia zasnąłem. Gdy tylko się obudziłem, chciałem
powtórkiz rozrywki, ale się nie zgodził. Zatem wstałem, ubrałem się
iwyszedłem.
Wybrałem pierwszy z brzegu bar. Nawetnie
spojrzałem na mężczyznę, zgodził się, a to byłonajważniejsze. Kilka
prezerwatyw z automatu i brudna kabina w męskimkiblu. Wieczorem tyłek
bolał mnie tak bardzo, że nie mogłemchodzić. Położyłem się na ławce w
parku. Byłem taki zmęczony…
Dostałem w twarz, gdy tylko mnieznaleźli.
Marek uderzył mnie pierwszy raz od kiedy go spotkałem. Zabrał mnie do
domu, nie pozwolił mi jednak spać w mojej sypialni,czy w… nawet jego
imię nie chciało mi przejść przez gardło. Po raz pierwszy znalazłem się w
sypialni Marka. Rozebrał mnie iwsadził pod prysznic. Patrzyłem jak
woda u mych stópzmienia kolor z przejrzystego na czerwony, potem na
różowy,aż w końcu przybrała swoją zwykłą barwę. Mark mył moje
ciałojakimś płynem – dokładnie, centymetr po centymetrze. Kiedydotarł
do pośladków, spłukał z dłoni stary płyn i nalałczegoś nowego.
Zapachniało szpitalem, aż mi się niedobrzezrobiło. Poczułem jego palce
dokładnie myjące moje wnętrze.
- Zabezpieczyłeś się?
- Tak – odpowiedziałem beznamiętnie
- Ilu ich dzisiaj było?
W odpowiedzi wzruszyłem ramionami.
- Ale przynajmniej trzech?
- Raczej koło dziesięciu, choćdokładnie nie liczyłem, byli zbyt słabi, by dać mi dłuższyczas.
- Czemu to robisz?
- Bo wtedy nie jestem pusty.
- Czy chcesz odejść?
- Nie! – odpowiedziałem przerażony -Chcę nawet więcej klientów niż miałem.
- Nie licz na to.
- Czemu?
Nie odpowiedział. Zakręcił wodę i wytarł
mnie do sucha. Założył mi jedną ze swoich koszul ibokserki, które ze
mnie spadały. Położył się ze mną nałóżku, natychmiast przysunąłem
kolano do jego krocza,prowokując go. Znów dostałem w twarz.
- Zachowuj się.
Przytulił mnie do siebie tak jak
jatuliłem Chrisa. Dopiero wtedy się rozpłakałem. Płakałem takdługo, aż
całkiem wyczerpany zasnąłem. Rano nadal był ze mną. Nie wiem kto
zajmował się domem, ale on non stop był ze mną. Aja płakałem albo
spałem. Nie chciałem jeść, nie chciałem pic. To było straszne…
W czwartek, to był chyba czwartek,
poczterech dniach od śmierci Chrisa i może mojej usłyszałem
słowo,którego nie chciałem usłyszeć.
- Pogrzeb… jest jutro. Czujesz sięna siłach, by na niego pójść?
Zobaczę go po raz ostatni. Jegozimne, martwe ciało leżące w drewnianej skrzyni.
- Tak – odpowiedziałem mechanicznie. Spojrzał na mnie uważniej.
- Może jednak zostaniesz w domu.
- Nie, chcę się pożegnać.
- Gabriel, może jednak…
- Chcę zobaczyć, że naprawdę nieżyje.
Chcę zobaczyć jak moja miłość ląduje w ziemi, a potemjak dwóch kolesi w
okropnych garniturach ją zakopuje.
- To zły pomysł. Nie pojedziesz.
- I tak pójdę. Z twoimbłogosławieństwem czy bez.
- Gabriel…
- Nie!!! Chcę zobaczyć jak gochowają, chcę zapamiętać wszystko bardzo dokładnie po to, bynigdy więcej już nikogo nie skrzywdzić.
- O czym ty mówisz??
- Przecież to widać, że jestemprzeklęty!
Każdego, kogo pokocham, spotyka nieszczęście. Tenwidok będzie mnie
powstrzymywał przed kolejną próbąobdarzenia kogoś uczuciem.
- Teraz już na pewno nie jedziesz.
- Nie możesz mi zabronić.
- Mogę, wiąże cię umowa.
- Leję na tę twoją pierdolonąumowę! Jeśli mnie tam nie zabierzesz to się zabiję. Wierz mi,zrobię to.
- Nie strasz mnie, gówniarzu,więcej z
tobą problemów niż korzyści. Mogłem cięzostawić tam, gdzie cię
znalazłem, ale nie, musiałem się, kurwa,mieszać!
- Gdybyś mnie tam zostawił, on byteraz żył.
- Wątpię.
- Jak to? – spytałem szczerzezaskoczony.
- Znalazłem go, gdy pojechałem dotwojego wuja załatwiać pewne sprawy. Stał w parku nad ciałemswojego ojca… zabił go.
- Nie dziwię się.
- Powiedział ci?
- Nie musiał, wystarczyło z nimspędzić jedną noc, by wiedzieć. Nie przypuszczałem jedynie, żego zamordował.
- To był raczej wypadek, pchnął gona
ławkę, a ten potknął się i uderzył o nią głową. Zajęliśmy się ciałem, a
Chris trafił do nas. – Jego imiępodziałało na mnie jak wyzwalacz.
Nareszcie zacząłem płakać, aon mówił dalej. – W pewnym sensie to tobie
zawdzięcza to, żeżyje, bo pomyśl, co by się z nim stało, gdyby zajęła
się tympolicja.
- Nie chcę tego słuchać.
- Ale powinieneś. Pomyśl, cozrobiliby z
nim, tak delikatnym i drobnym, gdyby trafił do jakiegośośrodka
opiekuńczego. Wiesz jaki był uległy. Pomyśl, co starsichłopcy by z nim
zrobili. Jako ofiara gwałtów pedofilskichmógłby jeszcze trafić do
psychiatryka. Powiem ci jedno,nikt by nawet nie próbował go leczyć,
dostałby jakieśprochy i do końca życia siedziałby w fotelu, śliniąc się
iumierając ze strachu za każdym razem, gdy zamykał oczy. To tydałeś mu
spokój…
- I śmierć, gdybym to ja prowadził…
- Gdyby Chris zapiął pasy, to niewyleciałby przez przednią szybę.
- Nie powinienem go w ogólezabierać na te zakupy. Gdybym postąpił tak, jak będę już robiłzawsze, to by żył!
- Unikanie zaangażowania nic ci nieda.
- Da. Nikt już nie ucierpi z mojejwiny, a nawet jeśli… to nie będę potem cierpiał.
Podniosłem się z łóżka zzamiarem wyjścia z sypialni.
- A ty dokąd? – spytał mnie zdziwionyMarek.
- Do siebie. Muszę naszykowaćgarnitur. A potem opróżnić pokój Chrisa, bo on i takdo niego już nie wróci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz