Zamyślony Vladimir stał oparty o framugę drzwi. Zaczął się uśmiechać,
gdy zobaczył nasz samochód skręcający na uliczkę prowadzącą do jego
podjazdu. Nim auto na dobre się zatrzymało, Raphael wyskoczył z niego z
wyrazem uwielbienia i szczęścia na twarzy, skoczył w wyciągnięte do
niego ramiona starszego wampira i złączyli się w namiętnym pocałunku.
Wysiadłem z samochodu, kiedy tylko porządnie zaparkował i nie czekając
na szofera sam zacząłem wyciągać bagaże z kufra. Zimne palce dotknęły
mojej dłoni, kiedy starałem się wyciągnąć jedną z cięższych walizek
należących do Raphaela.
- A ja nie dostanę buzi na przywitanie? – Amadeo uśmiechnął się do mnie lubieżnie.
- Nie miałeś przyjechać w poniedziałek? – zgasiłem go tymi słowami, jednak niespecjalnie się tym zmartwiłem.
- Nie cieszysz się, że jestem wcześniej? – objął mnie od tyłu i przejechał chłodnym policzkiem po moim.
-
Tak, strasznie! – moje słowa aż ociekały sarkazmem. Amadeo odsunął się
ode mnie gwałtownie, przysunął dłoń do oczu i zaczął udawać, że płacze.
Ja jednak na to nie zareagowałem, dalej męcząc się z olbrzymią walizą.
- Lepiej pomóż mi to wyciągnąć, zamiast robić szopkę. To ciężkie! – wskazałem na przeklętą torbę.
- Pomogę za buzi – odparował. Westchnąłem i pokręciłem głową, po czym ucałowałem jego policzek.
- Och, ty niedobry chłopcze… – powiedział z udawanym wyrzutem, ale zabrał najcięższe walizy i poszedł z nimi do domu.
Wieczorem siedliśmy w salonie. W kominku wesoło trzaskał ogień,
nadając otoczeniu nieziemski nastrój, jak gdybym nagle przeniósł się w
czasie. Przyszedłem do pomieszczenia jako ostatni. Raphael półleżał na
kolanach swojego klienta, który podobnie jak Amadeo siedział na
zabytkowym, dużym fotelu obitym ciemnoczerwonym welurem. Stanąłem za
nimi i zacząłem przysłuchiwać się rozmowie, jaką prowadziły ze sobą dwa
wampiry. W końcu Vladimir zwrócił na mnie uwagę.
- Usiądź z nami Gabrielu, nie stój tak – uśmiechnął się do mnie, poprawiając sobie Raphaela na kolanach.
Zacząłem
rozglądać się za krzesłem, ale była tam tylko przeolbrzymia sofa i
kilka zbyt ciężkich do przesunięcia foteli. Złapałem poduszkę z kanapy i
podszedłem bliżej kominka z zamiarem siądnięcia sobie na podłodze, ale
kiedy chciałem wykonać swój plan, zimne dłonie w mgnieniu oka złapały
mnie w pasie i wylądowałem na kolanach Amadea, który już wygodnie
siedział na swoim fotelu. Aż syknąłem z bólu po tak gwałtownym
usadzeniu.
- Coś cię zabolało? – spytał troskliwie wampir.
- Boli mnie jeszcze odwłok po inicjacji. – wtuliłem się wygodniej w chłodne ciało.
-
Oj moje biedactwo… – ucałował czubek mojej głowy. – Trzeba coś zrobić z
tą głupią tradycją, bo aż się serce kraje, gdy widzę, jak cierpią takie
słodkie maleństwa.
Zaczął całować mnie po szyi i odsłoniętych ramionach. Vladimir i Raphael nie zwracali na nas uwagi, zbyt zajęci sobą.
- Będziesz dzisiaj ze mną spał? – spytał namiętnie wampir Amadeo.
-
Jeszcze nie mogę… przynajmniej przez dwa dni, bo mógłbyś mnie
uszkodzić. – starałem się mu wybić z głowy próby molestowania mnie.
-
Nie chcę uprawiać z tobą seksu, wiem, że cię boli. Pytam tylko, czy
zechcesz spędzić dziś ze mną noc w jednym łóżku. – głaskał mnie czule po
głowie i plecach, aż wpadałem w błogostan.
- Nie widzę przeciwwskazań. – wtuliłem nos w zagięcie jego szyi, wchłaniając jego niepowtarzalny zapach.
- To bardzo dobrze. – skierował swój wzrok na płomienie trzaskające w kominku i odpłynął myślami.
Po
godzinie drobnych pieszczot i gorących pocałunków Vladimir zerwał się
gwałtownie z fotela i niosąc Raphaela na rękach pożegnał się z nami
pośpiesznie, życząc nam dobrej nocy. Gdy tylko nasz gospodarz zniknął z
pola widzenia, obaj zaczęliśmy się śmiać.
W sypialni rozebrałem się
do naga i położyłem na łóżku, po chwili dołączył do mnie Amadeo. Jego
skóra lśniła w blasku księżyca, który sączył się przez olbrzymie okno.
Amadeo wyglądał tak nienaturalnie, jak tylko wampir potrafi wyglądać.
Jego biała skóra w tym świetle przypominała marmur. Był przepiękny, jego
na wieczność młodzieńcze ciało było doskonale wyrzeźbione, jakby
wyszedł spod dłuta Michała Anioła. Jego chłodne dłonie krążyły po moim
rozgrzanym ciele, jego zimne usta badały każdą wypukłość i każde
wgłębienie. To było takie upojne, takie przyjemne, takie
obezwładniające, tak cudowne, że nie potrafiłem powstrzymać jęków
rozkoszy. Mógłbym się oddawać takim pieszczotom przez wieki. Zakończył
tą cudowną zabawę ukąszeniem w udo. Chciałem wrzeszczeć z rozkoszy.
Trwało to długo, moje ciało reagowało na to niewyobrażalne doznanie
coraz to nowymi orgazmami. Była to niewyobrażalna przyjemność, jednak w
pewnym momencie zaczęło mi się robić słabo, świat zawirował mi przed
oczami inaczej niż do tej pory, żołądek podszedł mi do gardła, wydawało
mi się, że się duszę, mimo iż moje usta łapały ogromne hausty
powietrza. Ostatkiem sił złapałem wampira za uszy i pociągnąłem je do
góry, wbijając paznokcie w skórę. Przerwał i spojrzał na mnie.
- Trochę za długo czekałeś. – polizał ranę i krew przestała z niej płynąc, ale malinka i dziurki zostały.
-
To by… ła lek… cja? –spytałem, dzieląc wyrazy na sylaby i przy każdej
zaciągając się głęboko powietrzem jak astmatyk po długim biegu. Było mi
duszno jakbym nabierał w płuca zbyt mało powietrza.
- Chcesz wyjść na dwór? Jesteś bardzo blady. – uniósł mój tułów z poduszek i pogłaskał po policzku.
Pokiwałem
głową, ale nie byłem w stanie sam wstać – to on wziął mnie na ręce i
zaniósł na balkon. Postawił mnie na nim, opierając o barierkę i
przytrzymując własnym ciałem. Słona morska bryza od razu mi pomogła,
zmyła ze mnie otępienie i pozostawiła tylko przeogromne zmęczenie. Czule
objęty ramieniem Amadea wdychałem słony smak morza. Gdy mój oddech i
tętno się uspokoiło, odniósł mnie do łóżka, wtuliłem się w swojego
wampira i zasnąłem, nim moja głowa dotknęła miękkiej poduszki obleczonej
w czarny aksamit.
Rano obudziłem się doszczętnie wyczerpany, za to
dostałem śniadanko do łóżka. Moja porcja starczyłaby do nakarmienia
pięciu osób, ale tego dnia sam wszystko wtranżoliłem. Amadeo przez cały
czas uważnie mnie obserwował, aż w końcu spytał:
- Dobrze się czujesz?
- Tak, czemu pytasz? – odpowiedziałem z pełną buzią jedzenia.
-
Jesteś strasznie blady, chyba… powinienem był wcześniej przerwać…
-zaczął mi się przypatrywać z jeszcze większym zaangażowaniem.
-
Nic… to ja… – wsadziłem do ust truskawkę – …wcześniej… przerwać, ale… –
ugryzłem parówkę i zapiłem ją mlekiem czekoladowym – Nie martw się,
czuję się dobrze. – do moich ust powędrował kabanos umaczany w lodach.
-
Skoro tak… – rozpromienił się, ukradł winogrono z jednej z moich tac,
podrzucił je do góry, po czym z wielką wprawą złapał do ust.
Potem
poszliśmy na długi spacer po plaży. Prawdę mówiąc całą drogę powrotną
Amadeo holował mnie do domu, bo nie miałem siły iść sam. Potem spałem
chyba ze dwie godziny w salonie, bo na górę nie byłem już w stanie
wejść. Obudzono mnie na obiad. Ilości jedzenia, które pochłaniałem
przerażały mnie, ale Raphael twierdził, że to skutek ubytku krwi i
najnormalniejsza odpowiedź organizmu, który bronił się przed anemią.
Tej nocy nie dałem jeszcze Amadeowi – tyłek nie bolał już tak bardzo, ale nadal odczuwałem mimowolne skurcze zwieracza.
Następnego
ranka pożegnałem się z Raphaelem i Vladimirem. Amadeo zabrał mnie do
swojego domu, choć słowo zamek byłoby trafniejsze. A tak przy okazji…
Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie wam wmawiał, że lot samolotem to mniej
więcej to samo co lot helikopterom, nie dajcie się nabrać! Kiedy w końcu
wylądowaliśmy, mało nie ucałowałem ziemi ze szczęścia. Właściwie niemal
to zrobiłem, rzygając jak kot pod siatką odgradzającą teren prywatnego
lotniska od otaczających go pól. Torsje miałem tak silne, że sądziłem,
że zaraz zwymiotuję cały żołądek łącznie z dwunastnicą, wątrobą i
kilometrem jelit. Amadeo stał nade mną i z głupią miną zastanawiał się,
co powinien zrobić. Gdy mi przeszło, podniósł mnie z ziemi i zaniósł do
auta. Wtuliłem głowę w jego zimną szyję, co oczywiście mi pomogło.
Żołądek powoli się uspokajał i przestawał robić wymyślne fikołki.
Pozostał tylko pulsujący ból głowy i niesmak w ustach. Droga dłużyła mi
się w nieskończoność, Amadeo wyciągnął z barku butelkę wody niegazowanej
i kazał mi ją wypić. Niespiesznie, drobnymi łykami opróżniłem butelkę.
Nawet
nie wiem kiedy wtulony w chłodne ramiona mojego klienta usnąłem.
Obudziłem się w olbrzymim łóżku, otoczony pościelą z czarnego jedwabiu,
która przyjemnie chłodziła moje ciało. O dziwo, Amadeo nie było w
pokoju. Podniosłem się z łoża i odsłaniając zasłonkę, która była częścią
baldachimu rozejrzałem się po pokoju. Szybko znalazłem drzwi od
łazienki. Zastanawiałem się, jak długo jeszcze będę odczuwał wpływ
wampirzej krwi na swój organizm. Potem wziąłem szybki prysznic i umyłem
zęby, co pozwoliło mi się chociaż trochę pozbyć tego okropnego smaku z
ust. Owinąłem się w biały szlafrok, który powieszony był na wieszaku
między puchatymi ręcznikami w kolorze burgunda. Po powrocie do pokoju
zdałem sobie sprawę, że mojej torby z ciuchami nigdzie nie ma.
Postanowiłem znaleźć Amadea i spytać go o walizkę, ale drzwi wejściowe
okazały się zamknięte. Byłem uwięziony w tej sypialni. Licząc na
wyczulony słuch wampira zacząłem walić w ciężkie, zabytkowe, dębowe
drzwi i wołać jego imię. Nikt do mnie jednak nie przyszedł…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz