Nie udał mi się dojść nawet do przystanku
autobusowego. Gdy zobaczyłemtych dwóch. Udawałem, że ich nie
rozpoznałem, jednak, gdy ruszyli w moimkierunku, zrozumiałem, że
przybyli tu właśnie po mnie, że wampiry już zorientowałysię, że zwiałem.
Zacząłem biec, mimo że wiedziałem, że nie ma to sensu. Po
chwiliotoczyły mnie zimne ramiona, kilka niezauważalnych dla ludzi
wokół, ale bardzo bolesnychciosów i trafiłem do bagażnika samochodu.
Auto jechało szybko i podskakiwało nawybojach, czułem smród spalin, moją
twarz drapała szorstka wykładzina, a ja niemiałem nawet jak się
obrócić. Wciągnięty siłą niczym dzikie zwierze trafiłem dojednego z
lochów pod domem sabatu. Spędziłem tam kilka długich dni,
podczas,których niemal zwariowałem ze strachu. Nikt nawet nie przeszedł
koło drzwi,pozostawiono nie samemu sobie. Nie przyniesiono mi ani
jedzenia, ani picia. Z początkukrzyczałem, ale to na niewiele się zdało.
Położyłem się na zimnej podłodzewyściełanej jedynie cienką warstwą
przegniłej już słomy i czekałem. Bałem się oswój los, zastanawiałem się
co się stanie, co mnie spotka, co mi zrobią. Jednakz każdą chwilą moja
przyszłość stawał się dla mnie coraz mnie znacząca, poprostu nie umiałem
jej sobie wyobrazić. Nie byłem jednak w stanie przewidzieć tego,co dla
mnie zaplanowano.
Byłem już bardzo słaby, głód i bark wody strasznie
mi już doskwierały.Wszystko bolało mnie niemiłosiernie i było mi
strasznie zimno. Wtedy pojawiłsię on, nie rozpoznałem tego wampira,
myślałem, że może przyszedł mnie uwolnić lub,że przyniósł mi, choć wody,
on jednak opasał moją szyję łańcuchem zapinając gona kłódkę. Łapiąc za
dłuższy koniec zaczął mnie ciągnąć, nie byłem nawet wstanie zapytać, co
chce ze mną zrobić. Pętla niemal mnie dusiła. Gdy dotarliśmydo schodów
podniósł mnie na nogi, nie byłem jednak w stanie stać. On
tylkobezczelnie się uśmiechnął i zaczął popychać mnie do góry. Płakałem,
ale on niezwracał na to uwagi. Gdy zacząłem błagać pchnął mnie tak, że
uderzyłem głową okamienne schody. Gdy znaleźliśmy się na górze
wprowadził mnie do sali, w którejprzecież tak nie dawno odbywała się
moja inicjacja. W obecnej chwili wystrójbardzo przypominał tamten. W
pomieszczeniu panowało dziwne napięcie, wszyscyzerkali na siebie w
dziwny sposób. Jakby ze strachem i z niepewnością. Okropny
krwiopijca,który wyprowadził mnie z lochów teraz wypchnął mnie na środek
sali. Złapał mojenadgarstki i przyczepił do łańcucha, który ktoś
uczepił kilka metrów wyżej nahaku umieszczonym w wysokim suficie. Z
początku w pokoju było na tyle ciemno,że nie mogłem rozróżnić postaci
otaczających mnie wokół, lecz teraz światłozapaliło się skutecznie mnie
oślepiając.
- Witaj Gabrielu! –Usłyszałem powitanie z ust
Mistrza,chciałem na niego spojrzeć, lecz nie było mi to dane,
przebywanie w ciemnejceli teraz dało o sobie znać, gdyż moje oczy nadal
nie przywykły do tak jasnegoświatła.
Nim się to stało poczułem pierwsze uderzenie, ktoś
bił mniez olbrzymią siła batem po plecach. Po kilku razach czułem już
tylko wszechogarniającyból i krew spływającą po moich nogach. Wtedy znów
przed moimi oczami pojawiłsię mistrz oblizując swoją dłoń z mojej krwi.
Bat odrzucił w kąt. Po czym nacały głos zaczął mówić.
- Gdybyś tylko poprosił mógłbyś spokojnie odejść i
dostałbyśwszystko, czego tylko byś zapragnął, ale ty wolałeś złamać
przysięgę. A przysięgałeśna własne życie. –Nie rozumiałem, co mówi
Bachus ból skutecznie mnie ogłupiał. –Zatemzapłacisz tym, na co
zaklinałeś się w przysiędze!
- Nie!!! -Usłyszałem przeraźliwy krzyk kogoś z
tyłu, po czym zobaczyłemjak Vladimir wyprowadza Raphaela bocznym
wejściem, szarpał się, wyrywał, aleVladimir był znacznie silniejszy.
Tylko się do niego uśmiechnąłem, on jeszczecoś krzyczał, ale ja nie
miałem już siły patrzeć na ból w jego oczach. Słyszałemcichy płacz i
szmery z widowni, nikt jednak nie ośmielił się tak zareagować
jakRaphael.
- Przeproś. Błagaj o litość –usłyszałem cichy szept
Bachusa,tuż przy uchu –Ukorz się a to przeżyjesz. –Spojrzałem na niego i
już chciałemto zrobić, ale w tym samym momencie wola walki gdzieś ze
mnie uleciała,uśmiechnąłem się do niego smutno. Po czym nie wiem sam,
czemu to powiedziałem:
- Potem będę już z nim –Bachus spojrzał na mnie.
- Nie rób tego, nie bądź głupi, nie tak. –Widziałem ból wjego oczach, chyba lubił mnie bardziej niż się do tego przyznawał.
Jednak ja już nic nie powiedziałem, pozwoliłem by
wydał namnie wyrok śmierci. W tej samej chwili w sali pojawiły się dwa
straszniewyglądające wampiry i wyciągnęły mnie na tyły budynku. Stanąłem
oko w oko zwielkim stosem drzewa, na który zapewne miałem zakończyć
swój żywot. Patrzyłem naprzygotowania ciesząc się, że za chwilę obudzę
się w jego ramionach, że znówpoczuje jego słodki zapach, że pocałuje
mnie w policzek i będziemy na wiecznośćrazem. Nie patrzyłem na zebranych
wiedziałem, że Mark nie przyszedł na tę ceremonię,jednak są tam wszyscy
podopieczni, miała być to przestroga dla nich. Wiedziałemjak Amadeo
rozmawia z Bachusem, jednak ten kręci tylko przecząco głową.
Wiedziałem,że sprawiam im wszystkim ból, ale ja już dłużej nie mogłem,
nie chciałem.
W końcu przywiązano mnie do pala znajdującego się
po środkustosu, ktoś polał moje ciało benzyną. Sam zapach przyprawiał
mnie o mdłości. Podszedłdo mnie jeszcze Jakub siłą wepchnął mi coś do
ust, było gorzkie i nie smaczne,jednak zaraz przestałem odczuwać swoje
ciało, jakby z każdą sekundą wyłączałosię kawałek pop kawałku. W końcu
Bachus wziął pochodnię i podpalił drzewo. Nie patrzyłna to po prostu się
obrócił. Płomienie zaczęła smagać moje ciało, ból byłstraszny,
krzyczałem, darłem się, mimo że w dużej mierze byłem znieczulony tonie
pomagało. Znosiłem to tylko dla tego, że czułem, niemal wiedziałem, że
ontam na mnie czeka. Mój Chris, mój aniołek.
Potem nie było już nic, ani jego, ani świata po, była pustkai przestałem istnieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz