Mrok
chodził po domu, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Tam i z
powrotem, tam i z powrotem. Od kiedy rozstał się z Nino nie umiał
znaleźć sobie miejsca. Był zły sam na siebie za to, że nie umie odnaleźć
dawnego spokoju. „Może to było złe zabierać go tutaj, może trzeba było
od samego początku poszukać mu to mieszkanie? A może nie powinienem
zostawiać go samego w mieście? Może to było za wcześnie albo za późno?”
Pytania bez odpowiedzi nie dawały mu spokoju.
Czasami
nie wytrzymywał, wymykał się do miasta, by z daleka podpatrywać, jak
Nino wraca z pracy lub idzie na zakupy. Wiele razy kusiło go, by do
niego podejść i … sam nie wiedział: porozmawiać? przytulić? zaproponować
powrót? Było mu ciężko, żył w stałej niepewności, nie chciał, nie mógł,
pewnie nawet nie umiał obdarzyć kogoś uczuciem. Nie zniósłby cierpienia
osoby, na której by mu zależało. Przeszłość zawsze dogoniłaby, choćby
nie wiem jak daleko od niej uciekał, a wtedy zostałby odtrącony, tego by
nie zniósł… Na szczęście nie groziło mu to, to, co czuł do Nino to
tylko poczucie odpowiedzialności. Tak, tylko tyle, nic więcej… W końcu
uratował chłopakowi życie, więc miał powód, żeby interesować się, co
dalej z tym życiem zrobi. Tak właśnie było…
Po
raz kolejny przemierzył drogę od drzwi do okna. Wreszcie pokonany, choć
równocześnie uspokojony wcześniejszymi przemyśleniami, sięgnął po kask i
kluczyki.
Zajechał
na parking przed dużym biurowcem, tuż obok restauracji, w której
pracował Nino. Znał na pamięć harmonogram pracy Nino, wiedział więc, że
za mniej więcej pół godziny powinien kończyć pracę. Czekał jednak kilka
godzin, a Nino nie pojawił się. Do jego serca powoli zaczynało zakradać
się zwątpienie. „Może jest chory” – pomyślał. Bez zastanowienia ruszył w
stronę mieszkania chłopaka. W pewnym momencie, zatrzymał się i
pochyliłby zawiązać but. To był impuls, pociągał za sznurówkę
jednocześnie nieznacznie rozglądał się dookoła. Szósty zmysł, intuicja,
czy też może zwierzęcy instynkt, który wiele razy ratował mu życie,
ostrzegał, że coś było nie tak. Po raz ostatni szarpnął za sznurówkę, a
potem wyprostował się i przeszedł na drugą stronę ulicy. Minął kamienicę
do której zmierzał. W bramie, w cieniu, w pewnym momencie dostrzegł
błysk papierosa, który na krótką chwilę oświetlił twarz stojącego
mężczyzny. „Znam go! – przemknęło przez głowę Mroka. – Nino…” Niepokój o
chłopaka dodał mu skrzydeł. Skręcił w poprzeczną ulice, by następnie
przez podwórze sąsiadujących domów i mur przedostać się na podwórze
interesującej go kamienicy. Ostrożnie stawiając kroki wszedł do klatki
schodowej – nie było nikogo. Bezszelestnie wbiegł na czwarte piętro.
Drzwi do mieszkania Nino były uchylone… Spodziewając się zasadzki lekko
popchnął drzwi noga sam bezpiecznie ukrywając się za ścianą. Nic się nie
zdarzyło. Nagłym ruchem wysunął i cofnął głowę zerkając przez szparę do
wnętrza mieszkania. Nadal spokój.
Wytężył
słuch, ale w mieszkaniu panowała cisza. Kocim ruchem Mrok wsunął się do
środka, sunąc przy ścianie po kolei sprawdzał wszystkie pomieszczenia. W
mieszkaniu nie było nikogo.
Mrok
stanął na środku pokoju i rozejrzał się szukając jakichkolwiek śladów,
by dowiedzieć się, co wydarzyło się w tym pomieszczeniu. Podszedł do
stołu. Leżały tam zrobione polaroidem zdjęcia. Drżącymi rękami podniósł
je i przejrzał. Podczas oglądania jego twarz stężała, pojawiło się na
niej coś, czego nie było od dawna, grymas okrucieństwa. Rozluźnił
mięśnie dłoni. Zdjęcia jak kolorowy deszcz posypały się na podłogę…
krwawe pręgi na plecach Nino… wygięte boleśnie ciało podczas uderzenia…
wyraz rozpaczy, strachu i bólu w jego oczach… Wiedział, że obrazy te
będą prześladować go do końca życia, wiedział, że to jego wina.
Wyprostował się, w jego oczach błysnęło szaleństwo.
- Niech tak będzie – powiedział półgłosem. – Obudzili bestię… więc teraz bestia wyrusza na łowy…
Szept jeszcze dźwięczał w powietrzu, gdy Mrok odwrócił się i wybiegł z mieszkania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz