wtorek, 23 stycznia 2018

Bloodlust R27: Śmiech wiatru

Kadaj powoli przeciągnął się włóżku i otworzył oczy. Właściwie to był już zdrowy, ból znikł i jedynym, coaktualnie go drażniło były nieprzyjemne blizny… i to, co zaczęło odzywać siędopiero teraz. Brak jakiegoś konkretnego ciepła, czegoś, co utracił i co jakośnie chciało wrócić. Nie chciało i to głównie z jego własnej winy. Spuścił bosestopy na podłogę i wstał rozglądając się chwilę za Miętówką, nie dostrzegającjej wyszedł na korytarz cicho klapiąc stopami o marmurową podłogę. Prawiebezwolnie zatrzymał się przy drzwiach sypialni, w której kiedyś nałogowosypiał. Niepewnie przesunął palcami po ciemnym, starym drewnie rzeźbionym wjakieś zawiłe wzory. Nie wchodził tam przecież tyle czasu i pomimo tychwszystkich wyzwisk, za którymi się chował to tęsknił. W jakiś chory, totalnieporoniony sposób tęsknił za tym, co było.  Nabrał powietrza w płuca iwszedł, przeciskając się przez wąską szczelinę drzwiach. Przez moment stałjeszcze niezdecydowany nie wiedząc czy chce się cofnąć czy brnąc w to dalej. Wreszcie po cichu podszedł do sporego łoża i najciszej jak potrafił wślizgnąłsię pod kołdrę. Od razu przysunął do wampira.

- Ani słowa, bo ugryzę – podciągnął wyżej kołdrę, chowając się w jego ramieniu.- I masz później o tym nie wspominać… rozumiemy się?

- Mhm… – Mruknął Shina sennie,przygarniając go do siebie. Czuł jakieś dziwne ciepło powoli rozchodzące się odserca, aż po koniuszki palców. Po chwili wahania objął Kadaja w pasie. – Ale tynie udawaj, że tego nie było. – Szepnął mu do ucha. Sam przed sobą nie chciałprzyznać, jak bardzo ucieszyło go przyjście chłopaka. To przypominało powrót zbardzo daleka, nareszcie tak, jak powinno być. – Śpij… – Powiedział mu cichodo ucha, samemu także przymykając oczy. Czuł, jak chłopak powoli się rozluźnia.Bał się choćby drgnąć, żeby nie spłoszyć tej jego ufności.
Kadaj westchnął, ale nic nie odpowiedział. Nie chciał nic mówić, sam przed sobąnie chciał się przyznać, że dobrowolnie wrócił tutaj, do tego łóżka i do tychramion. Ale w sumie nie było mu źle i ani odrobinę nie przypominało mu topobytu u Termariare. Mruknął coś cicho zamykając oczy. Zasnął jeszcze nachwilę.

Mimo tego co powiedział, wampir wcale nie usnął. Uniósł się, opierając głowę nawyciągniętej dłoni i patrzył na śpiącego chłopaka, jak na najpiękniejszezjawisko na świecie. Na delikatnie uchylone wargi, na spokojnie unoszącą sięklatkę piersiową, na jasne blizny na policzkach. Pochylił się i musnął ustamiczoło swojego anioła. Bardzo delikatnie, żeby przypadkiem go nie obudzić.Przyciągnął go bliżej siebie. I patrzył.
- Miałeś spać Ty idioto – burknął nieprzytomnie Kadaj, poprawiając poduszkę podgłowa – Na patrzenie nie wykupiłeś karnetu – powoli, sennie przekręcił się nabrzuch i ziewnął w poduszkę. Było mu tu zadziwiająco dobrze… prawie tak jakkiedyś. I nawet chwilowa nieobecność Miętówki nie powodowała niepokoju.Ostrożnie przełożył jedną rękę przez pas wampira szukając wygodniejszejpozycji. Mężczyzna wstrzymał oddech, czekając, aż Kadaj ułoży się wygodniej.

- Wiem, że miałem spać – mruknął – ale… nie mogłem się powstrzymać. Ty śpij,wampiry potrzebują mniej odpoczynku. – Z wahaniem, czując się prawie, jakbypopełniał świętokradztwo ułożył swoją dużą dłoń na plecach blondyna – Wporządku? – Zapytał – czy mam się dosunąć?
- W porządku – mruknął dopiero po dłuższej chwili na powrót zamykając oczy. Niechciał znów robić Shinie przykrości. I tak już wystarczająco nerwów mu napsół.Znów przysnął na chwilę, drżąc jednak lekko przy każdym mocniejszym dotyku.Chcąc nie chcąc zdążył się odzwyczaić.
Wampir wiedział, że jeszcze trochę czasu minie, nim Kadaj zupełnie dojdzie dosiebie. Starał się zachowywać jak najłagodniej. Było to dość trudne, leżećtwarzą w twarz ze swoim towarzyszem, kiedy głód krwi śpiewał mu w żyłach.Delikatnie przesuwał dłonią w górę i w dół, masując plecy chłopaka, hamując sięze wszystkich sił. Nawet pocałunek był zakazany.
Kadaj ponownie otworzył oczy, kiedy resztki snu opuściły go już zupełnie.Powoli spojrzał wampirowi w twarz.

- Shina? A te blizny… to da sięjakoś usunąć? Bo ja… ja nie chce tak wyglądać. Nie w taki sposób… – szeptałcicho, niepewnie, uciekając wzrokiem na bok. Wciąż gubiąc się i zacinając, niepewien, czy powinien o to pytać.
Wampir spokojnie dotknął jego twarzy. Przysunął się i musnął ustami jedną zdelikatnych linii biegnących przez brodę chłopaka. Odsunął się niemalnatychmiast, nie chcąc go straszyć.

- Dla mnie i tak jesteś piękny –wyszeptał. – Ale jeśli bardzo tego chcesz, mogę je usunąć. Tylko to może bolecbardziej, niż jest tego warte.
Kadaj momentalnie zacisnął palce na jego koszuli.

- Ja chcę, rozumiesz? I… i nieobchodzi mnie, że to będzie bolało. Juz wystarczająco przeszedłem, wiec więcejbólu mnie nie przeraża. Zrozum… ja nie mogę na siebie patrzeć w takim stanie.Ja nie potrafię spojrzeć w lusterko … – w oczach powoli zaczynały szklić musię maleńkie łzy kiedy rozprostowywał palce puszczając jego piżamę.
- Rozumiem… – Starł płynące mu po policzkach kropelki i uśmiechnął siępokrzepiająco – jeśli to dla ciebie takie ważne… – Odrzucił kołdrę na bok iwstał z łóżka. Raz jeszcze spojrzał na zaplątanego w pościeli Kadaja i podszedłdo ciężkiej, mahoniowej szafy w rogu pokoju. – Lepiej zostań w łóżku – nakazał.Wyjął z szafki kryształowy flakonik wypełniony przeźroczystą cieczą. Wrócił ipodał go chłopakowi. – Wypij… to i małe zaklęcie sprawi, że blizny znikną.Ale… – zawahał się – zresztą, skoro tego chcesz, pij.
Kadaj z powątpiewaniem przyjrzał się flakonikowi

- I że niby, co? Tylko tyle? Pyk ijuż?  - Niepewnie pomieszał płynem w naczyniu i po chwili je odetkał. – Iniby ile ja mam tego wypić, co? Całe?
- Całe. Smakuje jak woda, pachnie jak woda… Ale to nie będzie pyk i już.Każda blizna będzie potrzebowała swojego czasu do wyleczenia. Nie wiem, jakdługo to potrwa… – Dotknął jego policzka czule – Mam tu z tobą zostać, czywyjść?
Chłopak momentalnie złapał go za rękaw i wypił całą zawartość buteleczki -Chcę, żebyś został. – Zdezorientowany siedział jeszcze chwile na pościeli – Ico teraz?
Shina objął go w pasie i przyciągnął do siebie.

- Teraz trzeba chwilę poczekać… – Ujął twarz chłopaka w dłonie i wyszeptałkilka dziwnych słów, w dawno zapomnianym języku. Widział, jak wyraz twarzyKadaja powoli się zmienia. Jak blizny zaczynają czerwienieć i lekko opalizować.Przyciągnął go do siebie. – Przepraszam…
Wrzask bólu przeciął powietrze. Całe ciało piekło go niemiłosiernie, bolało,kiedy wszystkie blizny na raz zaczęły się otwierać i regenerować, a Kadaj wciążkrzyczał, aż do momentu, kiedy nie miał juz na to siły. Z przegryzionej wargizaczęła się sączyć krew i kiedy leżał na przemoczonej potem pościeli oddychającspazmatycznie.
Wampir leżał tuż obok niego, trzymając go za rękę. Nic nie mówił, bo do Kadajaw tej chwili i tak żadne słowo by nie dotarło. Zapach krwi, bólu i strachu byłydla niego aż zbyt wyraźne. Walczyły w nim dwa sprzeczne uczucia. Jedno chciałoprzytulić, uspokajać Kadaja, drugie, chciało tylko zaspokoić od dawna palącąsię żądzę. Shina nie posłuchał żadnego z nich. Leżał i patrzył, a krzykchłopaka nieprzerwanie dźwięczał w pokoju.
Blondynek zasnął od razu, gdy leczenie się zakończyło. Zresztą w tym momencie itak nie miał siły by poruszyć jakkolwiek częścią ciała. Był całkowiciewyczerpany, z całej energii, z wszystkiego, co było potrzebne by utrzymać goprzytomnego. Na czole wciąż perliły mu się kropelki potu, a z pomiędzy wargwydobywał się krótki urywany oddech.
 
Shina upewnił się, czy chłopak śpi i okręcił go szczelnie kocem, potem wyniósłdo łazienki. Wcześniej, kiedy był nieprzytomny cały czas kąpał go tyle razy, żeteraz zrobił to niemal automatycznie. Czystego owinął w szlafrok i puchateręczniki. Wrócił z nim do sypialni. Prześcielił łóżko zaklęciem i przywołał zszafy miękka piżamę. Ubrał w nią chłopaka i położył do łóżka. Na stolikuustawił fiolkę mikstury przeciwbólowej. Teraz już mógł mu ją podać. Potempołożył się za jego plecami i wtulił twarz w wilgotne włosy. Nawet niezauważył, kiedy zasnął, wciąż obejmując go mocno w pasie.

0o0o0
Shina czułjak Kadaj wierci się we śnie. Na wpół śpiąc obrócił go na bok i przytulił dosiebie. Miał nadzieję, że taka bliskość da mu poczucie bezpieczeństwa
- Śpij –szepnął – do rana mamy jeszcze trochę czasu.
Kadajtylko poruszył się przez sen lekko i spał dalej. Wampir wręcz przeciwnie, niezmrużył oka aż do rana. Sięgnął i wyplątał mu z palców koc, zastępując gowłasną dłonią. Uniósł ją do ust i delikatnie musnął wargami.
- WstawajKotku, już rano. Zaraz tu przyjdzie Miętówka i będzie próbowała mnie zrzucić złóżka. – Z za drzwi już dało się słyszeć węszenie i drapanie. Kadaj uchyliłpowieki i przez chwilę bez zrozumienia patrzył n połączone dłonie swoje iwampira. Puścił je i usiadł. Przetarł oczy, a potem podniósł się z łóżka. Lekkochwiejnym krokiem poszedł otworzyć drzwi. Kot wpadł do pokoju, niemalnatychmiast przewracając go na dywan. Wystarczyła chwila, by całą twarz miał wkociej ślinie. Chłopak piszczał radośnie, odciągając od siebie łeb kocicy.
- Zabierajsię kocia mordo! Przestań! Jak będę potrzebował kąpieli pójdę pod prysznic!
-Miętówka, bo pójdziesz do ogrodów! – Ostrzegł Shina, odganiając zwierzaka.Podał Kadajowi rękę i postawił go na nogi. Wytarł jego twarz skrajem piżamy. –Nie uszkodziła cię?
- Nic mi nie jest – westchnął – nie jestem ze szkła.
Wyciągnąłz szafki zmianę świeżych ubrań i umknął do łazienki, zostawiając Shinę złaszącą się kocicą. Wampir czekał na niego pod drzwiami i gdy tylko chłopakwszedł odjął go lekko w pasie.
- Już cinie przeszkadza mój dotyk? – Kadaj nie zaprotestował, zbytnio. Shina skrzywiłsię z niezadowoleniem widząc chłopaka w grzecznym białym sweterku i jasnychspodniach. Przeczesał palcami przydługie włosy blondyna. – Gdybym to jawybierał ci ubrania, byłoby ich znacznie mniej. Szkoda, że lato powoli siękończy…
Nadal wnostalgicznym nastroju sięgnął na toaletkę i zdjął z niej rzeźbioną w delikatnywzorek szczotkę. Pociągnął chłopaka na łóżko i usadowił się zanim. Delikatnieprzesunął dłonią po jego włosach, były jak płynny jedwab. Powoli zaczął jerozczesywać. Tak niewinna pieszczota nie powinna niepokoić nawet Kadaja. Kiedyskończył zaplótł je wprawnie w warkocz. Uśmiechnął się do byłego kochanka.
- Coś takicichy? – Kadaj spojrzał na niego spode łba.
- A co mammówić? Głodny jestem. – Wampir zaśmiał się i króciutko musnął ustami szyjechłopaka.
- Zarazzejdziemy na śniadanie.
0o0o0
Zeszli dotej samej jadalni, co kilka dni wcześniej. Tym razem Kadaj był znaczniespokojniejszy i nie pyskował na każdym kroku. To pozwoliło Shinie trochę sięuspokoić. Obserwował go leniwie znad filiżanki kawy. Widać było, że chłopakwracał do zdrowia. Pochłaniał wręcz niewyobrażalne ilości jedzenia. Wampirtylko dolał mu herbaty z dzbanka i uśmiechał się lekko.
- Urodzinymiałeś latem, prawda? – Zaczął niezobowiązująco, niemal natychmiast przeklinającsię za te słowa, widząc skurcz, który przebiegł po twarzy blondyna. Jegourodziny wypadały akurat gdzieś w połowie „porwania’ – wybacz… ja, niepomyślałem.
Kadajodetchnął i pokręcił głową. Potem ukrył się za swoją filiżanką.
- Miałem ico z tego?
- Maływłos i zapomniałbym o czymś – szepnął mu do ucha i wyciągnął spod stołu małepudełeczko okręcone srebrną taśmą. Podał je Kadajowi. – Proszę… kupiłem todla ciebie… dawno temu.
Chłopakzaaferowany rozerwał papier i zajrzał do środka. Na białej poduszeczcespoczywała srebrna, misternie kuta bransoleta, ozdobiona mnóstwem drobnychklejnocików w różnych odcieniach szarości, od czerni granatu, po biel opali.Przy najdelikatniejszym potrzaśnięciu wydawała przyjemny dla ucha szelest.
-Wszystkiego najlepszego z okazji spóźnionych urodzin – Przyciągnął chłopakaramieniem i pocałował w czubek głowy. – Przymierz. Ma na sobie zaklęcia, którebędą cię chronić.
Kadajwciąż jeszcze wpatrywał się w wampira trochę zaszokowany.
- Emm…skąd wiedziałeś o moich urodzinach!? – Całkiem zapomniał, że sam kiedyś mu topowiedział. – Ona jest… śliczna. Dziękuję.
Wrócił dośniadania, uprzednio całując Skinę w policzek. Zostawił na nim słodki ślad odpomarańczowej marmolady. Wyjął bransoletkę z pudełka i przyjrzał się jej razjeszcze pod światło. Potem założył ją zadowolony. Błyskotki zawsze poprawiałymu humor. Poruszył dłonią delikatnie, przysuwając swój stołek bliżej wampira.Dźwięk, jaki bransoleta wydała przy tym drobnym ruchu przypominał śmiechwiatru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz