Nie mógł spać. Nie mógł się
poruszyć, nawet otworzyć oczu.To wszystko zbyt bolało. Chciał dosięgnąć
Shiny, jakoś się z nim skontaktować, aletego też nie mógł. Nawet nie
bardzo wiedział, jak to zrobić. Wampir dał mutylko kilka lekcji,
niestety. Przymknął oczy i skupił się na tym, co czuł dowampira. Na
spokoju, na tym dziwnym bezpieczeństwie, które czuł w jegoramionach. W
tym miejscu właśnie tego brakowało mu najboleśniej.
Kilkanaście mil od wiezienia Kadaja,
Shina przez krótką chwilępoczuł muśniecie jego umysłu. Było delikatne,
jak muśniecie skrzydeł motyla izaraz zniknęło. Na próżno próbował
odnowić kontakt. Wykrzykiwał w mentalnejpustce jego imię. Chłopak już
zniknął, nie było go. Tylko ciemnia wampirzychumysłów. I Shina nadal nie
wiedział, gdzie go szukać. Jednak ważne było, że wogóle żył. Niestety,
sądząc po okolicznościach tego kontaktu i tym, co tylkopowierzchownie
znalazł w umyśle Kadaja śmierć może przyjść po chłopaka w każdejchwili.
Shina nie miał niczego, na czym mógłby się oprzeć. Tylko taprzerażająca
cisza w pałacu. I nie milknący wrzask umysłu opuszczonego
przeztowarzysza.
Kadaj!
0o0o0
Chłopak zamknął oczy, potem
odetchnął z trudem. Spojrzał wdół i zacisnął dłonie w pieści. Sam nie
wiedział, czy odważyłby się pokazaćShinie w takim stanie. Posiniaczony,
brudny, z wżartą pod paznokcie zastarzałąkrwią. Wszystkie mięśnie bolały
go niemiłosiernie. Z powodu ran na plecachstarał się w ogóle nie
ruszać. Tylko naciągnął na siebie mocniej pozostałestrzępy kimona. Był
głodny i zmarznięty. Łzy spływały mu po twarzy, praktycznieniezauważane
przez świadomą cześć umysłu chłopaka. Jedna po drugiej skapywałyna
brudny materiał i podłogę. Śnił o tym, że Shina go woła. Ale nie
potrafiłodpowiedzieć i wszystko zniknęło. To był taki piękny sen. Kadaj
zacisnął zęby zbólu. Nie zamierzał się rozpłakać, ale gdzieś tam w
środku wył z tłumionejrozpaczy. Tak strasznie nie bał się jeszcze nigdy w
życiu.
Do celi wszedł służący. Postawił na
brudnej posadzcemetalową miskę z jakąś cienką zupą i niezupełnie świeży
chleb. Potem wyszedł.Kadaj podniósł się z trudem. Lewie mu się to udało,
ból prawie odbierał muapetyt, ale wiedział, że jeśli nie zje, nie da
szansy Shinie. Bo w to, zewampir go uratuje wierzył jak w nic na
świecie. Dodatkowo nie wiedział, czy wogóle dostanie tu coś więcej.
Nie miał pojęcia, ze jego oprawca
czai się za drzwiami.Termariare nerwowo kręcił młyńca palcami i co rusz
zaglądał do celi,sprawdzając, czy Kadaj już skończył. Nie zamierzał go
pośpieszać. Nie chciał,by chłopak zemdlał zbyt szybko. Miał dla niego
kilka nowych, ciekawychpomysłów.
- Przyprowadźcie go, jak zje! –
Rozkazał służącemu. Potemobrócił się i odszedł, kierując się do sali,
zwanej karmazynową. I tobynajmniej nie ze względu na nabytą z czasem
barwę ścian. Bo ta była bardziejbrunatna.
0o0o0
Kadaj jadł powoli. Cieknące po
policzkach łzy wpadały dotalerza, czyniąc zupę jeszcze bardziej słoną.
Skończył i odsunął od siebietalerz. Kiedy zobaczył, że ktoś wchodzi do
celi z przerażeniem cofnął się podścianę. Niewiele mu to pomogło. Dwóch
rosłych mężczyzn wzięło go za ramiona iwyprowadziło z celi. Nawet jakoś
specjalnie się nie szarpał, wiedział, ze gdybychcieli, sprawili by mu
tyle samo bólu, co tamten wampir. Zaprowadzili go dopokoju obok. Tam
pchnęli go na stojący pod ścianą stół. Następnie skuliwiszącymi pod
sufitem kajdankami. Następnie wyszli. W sali zostali tylko wampiri
przerażony Kadaj.
Chłopak siąknął nosem i dyskretnie
starł ramieniem płynącepo twarzy łzy. Starał się patrzeć na wampira
beznamiętnie. Ten, paradoksalnie,miał dość smutną minę. Po chwili jednak
uśmiechnął się krzywo i zrobił krok doprzodu. Obrócił chłopaka i
posadził na stole. Ukucnął przy jego stopach.Sięgnął po leżące na
posadzce łańcuchy i przykuł go do mocnych desekznajdujących się pomiędzy
nogami ławy.
- Teraz pozbędziemy się wszystkich śladów na tobie… Jego śladów… –Wydłużone kły błysnęły przerażająco.
Zachichotał złośliwie i odwrócił
się. Podniósł z ziemiwiadro wody, najpierw pieszczotliwie pocałował
chłopaka w odsłonięte ramię, apotem chlusnął na niego lodowatą cieczą.
Następnie zaczął wodzić chłodnympalcem po odsłoniętej, wilgotnej skórze.
Czując ten dotyk blondyn z trudemhamował mdłości, zwłaszcza, gdyż
wiedział, co czai się w oczach oprawcy. Onzamierzał to zrobić. I nie
było osoby, która by go powstrzymała. Kiedy natrafiłpalcem na pierwszą
pozostawioną przez Shinę bliznę niemal się uśmiechnął.Wyciągnął z za
cholewki buta ozdobny sztylet i dokładnie wykroił śladugryzienia. Nic
sobie nie robił z rozdzierającego uszy wrzasku Kadaja. Najpierwoblizał
ranę ze spływającej krwi, a potem zaleczył ją swoją własną,pozostawiając
czerwony, przypominający oparzenie ślad.
Chłopak raz po raz prężył się i
wiotczał w jego ramionach.Ból odbierał mu zdolność logicznego myślenia.
Po chwili wszystko ucichło.Niesamowite uczucie rozdzierania ustało.
Tylko chłopak nadal z trudem łapał oddechi nie otwierał zaciśniętych z
bólu powiek. Wolał nie wiedzieć wyrazu twarzyoprawcy, a to był dopiero
początek. Krok po kroku, rana po ranie, wrzask powrzasku. Każde cięcie
było bardzie bolesne od poprzedniego. Zdzierał z jegoskóry jeden ślad po
drugim.
Przyjrzał się chłopcu uważniej i
zsunął z niego resztkikimona. Potem przesunął dłonią po jego spoconym,
poranionym torsie. Potemzsunął sztylet nisko, poniżej jego pępka. Tam
też była blizna, niemal na liniinajwrażliwszego miejsca na ciele
chłopaka. Jej oczywiście też się pozbył. Dośćchłodno i beznamiętnie.
Dopiero potem pochylił się i pocałował go w czoło.Pogłaskał jego spocone
ze strachu i bólu włosy, a następnie uśmiechnął sięlekko. Całkiem
szczerze.
- Dzielny chłopiec… – Zamruczał.
Kadaj tylko rzucił się lekko,
niespokojnie. Nawet nie miałsiły mu się przeciwstawić. Po policzkach
spływały mu łzy. Wampir zdawał siętego nie zauważać. Również tego, że
chłopaka od utraty świadomości dzieli tylkobardzo cienka granica. Która
po chwili przekroczył. Nie upadł tylko dlatego, żezwisające z sufitu
łańcuchy utrzymały jego bezwładne ciało. Wampir znowu ocuciłgo zimną
wodą. Już nawet nie starał się wyglądać delikatnie. Chwycił go
zapokaleczone ramiona i potrząsnął. Kadaj jęknął cicho, ale posłusznie
otworzyłoczy.
Wtedy Termariare uśmiechnął się do
niego najpaskudniej, jakpotrafił. Pchnął go na stół, i rozkuł ręce.
Następnie przyszpilił prawą dłońchłopaka do dębowego blatu, pokrwawionym
już od wcześniejszej aktywnościsztyletem. Nie zważając na jego krzyki,
płacz i błagania zgwałcił go ponownie.Ani trochę delikatniej.
Bezlitośnie powiększając obrażenia z poprzedniego dnia.W pewnej chwili
zakneblował mu usta kawałkiem szmaty. Chłopak dusił się odtego,
spazmatycznie łapał oddech. W duchu błagał, by Shina go
uratował.Termariare jednak doskonale słyszał te myśli i to rozwścieczało
go jeszczebardziej. Już ktoś kiedyś o to błagał i Shina nie przybył… na
czas. Tylko w samraz na pogrzeb. Według wampira, historia bardzo lubiła
się powtarzać.
Chłopak krzyknął rozpaczliwie, przy
jednym z kolejnychruchów. Krew trzema strużkami spływała mu po udzie.
Nie wiedział, ile jeszczewytrzyma. Ale był pewny, ze niedługo będzie w
stanie zabić sam siebie, byle bywięcej nie znosić tego bólu i
upokorzenia.
- Nie dziwie się, że Aranye cię trzyma… – mruknął mu wpewnym momencie do ucha – jesteś niesamowicie dobry… w tym…
Zdjął mu knebel i wysunął kły. Z
prawdziwą przyjemnościązatopił je w jego ramieniu. Nie pił wiele, tyle,
by pokazać blondynowi, kto tujest górą i że Shina nie ma szans go
uratować. Poza tym, krew chłopaka była naprawdę,niesamowicie słodka.
Po pewnym czasie Kadaj przestał
płakać, jego krzyki takżeucichły, tylko łzy, jedna po drugiej spływały
po jego śmiertelnie bladychpoliczkach. Powoli tracił siły na wszystko,
już teraz zwisał bezwładnieutrzymywany tylko przez wbijające mu się w
ręce łańcuchy. Mimo, ze to był…dopiero drugi raz, jemu zdawało się, ze
spędził tu wieczność. I nadzieja, napomoc stawała się coraz bardziej
odległa. Bo czy nie był tylko niewolnikiem?Zagryzł wargi, przez chwilę z
trudem starał się złapać oddech. Pomógł mu w tympoliczek wymierzony
przez wampira.
Skończył i odsunął się od niegotrochę. Następnie pocałował go w policzek, niby czule. Z zadowoleniem spojrzałna swoje dzieło.
- Już nigdy nikt cię nie
będziemiał… tylko ja… – ton jego głosu sugerował, ze ma to być
pocieszenie. PłaczKadaja stał się jeszcze bardziej gorzki i przejmujący –
oj nie płacz…
Pochylił się i pocałował go
w usta,wkradając się do środka przemocą. Jednocześnie głaskał go po
rękach i udach,tam, gdzie był mniej poraniony. Ta parodia czułego dotyku
bolała jeszczebardziej, niż to, co zrobił z Kadajem przez chwilą.
Chłopakowi chciało się wyćz bólu, z żalu. Miał dosyć. Czuł się, jakby
coś w jego środku umierało z każdymmuśnięciem palców wampira, a miejsce,
tego, co odchodziło zajmowała obca, lepkaciemność, która przerażała
chłopaka coraz bardziej. Rozpacz coraz bardziejprzejmowała nad nim
kontrolę, a on nie potrafił na to nic poradzić. Byłbezsilny, tu i teraz,
a Shina nie mógł mu pomóc.
Wystarczyło jeszcze kilka
minut, byKadaj zemdlał powtórnie. Termariare jeszcze chwilę trzymał go w
ramionach.Potem delikatnie odłożył jego nieprzytomne ciało na stół.
Rozkuł go, całująckażde zranienie. Potem spojrzał na niego po raz
kolejny, tym dziwnym,nieodgadnionym głosem.
- Naprawdę, wyglądasz teraz
prawietak, jak Michael… – Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno –
Szkoda, żezachowujesz się też dokładnie, jak on – pochylił się nad uchem
nieprzytomnegoblondyna – on też błagał wtedy Shinę o ratunek –
pogłaskał go lekko po policzku– niestety, podobnie, jak tobie, nic mu to
nie dało.
Obmył chłopaka z krwi,
bezpośpiechu i bardzo delikatnie. Następnie owinął pokrwawionym
materiałem kimona.Podniósł go i dziwnie łagodnie pocałował w rozchylone
wargi. Patrzył na jegozapuchnięte, zaczerwienione od płaczu oczy i
wzdychał z lekką dezaprobatą.
- Jesteś zupełnie jak on… Dlategozginiesz.
Wszedł do jego celi i
delikatnieodłożył na przygotowaną wcześniej derkę. Jeszcze przez chwile
patrzył na jegozwiniętą w kłębek postać. Potem zdjął swoją marynarkę.
Przykrył niąnieprzytomnego chłopaka. Następnie wybiegł z celi, zamykając
drzwi w pośpiechu.Zaczynał odczuwać współczucie, a to nie było dobre.
Odszedł w popłochu,podobnie, jak poprzedniego dnia, a Kadaj powoli
opadał do krainy koszmarów, zktórych nie można się obudzić.
0o0o0
To wszystko powtarzało się
raz zarazem. Dzień za dniem, wampir powoli odzierał Kadaja z
wszystkiego, co ludzkie.Chłopak coraz bardziej stawał się bezwolną
lalką, taką, z którą można zrobić,co się żywnie podoba, a ta nie
zaprotestuje. Tylko czasami, w nocy słychać byłodochodzący z celi
przeraźliwy płacz. W tamtych chwilach Termariare żałowałtego, co robił
temu, bądź co bądź dziecku, ale wystarczyła jedna myśl o Shinie,by cały
żal znikał. Zemsta, to było najważniejsze, najczystsze uczucie,
jakieznał. Sam również coraz bardziej pogrążał się w obłędzie.
0o0o0
Chłopak ocknął się po
długimokresie braku świadomości. Te zdarzały mu się coraz częściej. Nie
poruszył sięnawet o centymetr. Bezwolnie tkwił w kałuży własnej krwi.
Nie miał siły, by sięprzesunąć. W głowie miał jednocześnie pustkę i
chaos. Strzępy myśli, obrazów,słów, ale nic do niczego nie pasowało.
Kadaj czuł, jakby tonął w tym wszystkim.Obserwował poblask pochodni na
suficie, jak tonący obserwuje błyskające napowierzchni wody refleksy
słońca i nie miał siły opierać się temu wrażeniu.Został mu już tylko
strach. Puste, szklane oczy nawet nie spojrzały nawchodzącego do celi
oprawcę. Chłopak tylko skulił się w sobie, z ust uciekło muciche
jękniecie, ale nic więcej. Płacz przyjdzie później.
Znowu krzyk, łzy, krew i
ból.Niemal oślepiający, biały. W myślach Kadaj błagał o śmierć. W
nieprzytomnymumyśle była tylko jedna myśl. Prośba o koniec. O
odpoczynek, zbawienną ciemność,ale ta nie nadchodziła.
Prawie całe ciało
blondynakrwawiło. W tym stanie nawet nie mógł uciekać przed razami.
Rozcięty policzek,ramię, spływające po twarzy łzy. I zupełna cisza. Z
ust chłopaka nie wyrwał sięnawet najlżejszy krzyk. Potem nadeszło
najgorsze. Kolejny gwałt. Wrzaskówchłopaka nie dało się już nawet nazwać
ludzkimi. Krzyczał jak zaszczutezwierze. Rozpaczliwie drapał połamanymi
paznokciami powietrze. I wzywał śmierć.Ten ból i upokorzenie były
nieznośne. Tym razem chłopak miał szczęście.Termariare zabawił się z nim
tylko trzy razy. Następnie rzucił na podłogę, jakzepsutą zabawkę.
Połamana i bezużyteczną. Piękną, mimo popękanej porcelanowejtwarzyczki.
Nie pamiętał, kim jest, ani
jak sięnazywa. Nie rozpoznawał dnia, ani nocy, znał tylko ból, zimno,
głód i jegodotyk. Oraz pragnienie, by to wszystko już się skończyło.
0o0o0
Bardzo dużo czasu zajęło
Shiniedotarcie do jedynych osób zdolnych odnaleźć Kadaja. Na szczęście,
jego stosunkiz księciem były bardziej niż poprawne. Nim jednak udało się
wszystkoprzygotować i odnaleźć miejsce, gdzie Termariare go ukrył
minęło wiele czasu,zbyt wiele. Shina doskonale zdawał sobie sprawę z
tego, co mogło się stać zblondynem, aż krew tężała mu w żyłach. Właśnie
dlatego odrzucił propozycjępomocy. Musiał zakończyć to własnoręcznie.
0o0o0
Nim Termariare zorientował
się, cobyło źle z zabezpieczeniami stało się już za późno. Wyszedł z
lochu i zamarłzaszokowany. Jednak już po chwili na jego anielskiej
twarzy wykwitł złośliwyuśmiech. Nie dając Shinie czasu na wypowiedzenie
nawet jednego słowa skoczył doprzodu. Zbiegał po kilka stopni, z jego
oczu pałał dziki blask. Sięgnął dowiszącej u pasa pochwy, błysnęła stal.
Po chwili po pustym, marmurowym holuponiósł się metaliczny trzask.
Szabla spotkała katanę.
Parada, obrót, wypad i pchnięcie.
Spokojnie, krok po kroku,to Shina zdobywał przewagę. Ale widział ogień w
oczach przeciwnika. Termariarenie walczył, by wygrać, on walczył, by
zabić. Starszy wampir był niemal pewny,że gdyby karminowooki mógł
wygrać, nadziewając się na jego ostrze, zrobiłby to.
Szabla sprawnie odbijała zadawane
kataną ciosy. Termariarewiedział, że jest słabszy w walce, ale to on nie
miał nic do stracenia. Kolejnycios i nieczyste kopniecie, Shina jednak
je przewidział. Krok w tył, dwa,parada… Znowu, Shina powoli tracił grunt
pod nogami. Natomiast Termariarenabierał pewności siebie. Bez
wątpienia, jego styl przez te wszystkie lataznacznie się poprawił, a i
jako człowiek, był w tym całkiem dobry.
Jeszcze jeden obrót, zakrok i
pchnięcie. Shina zachwiał sięna krawędzi marmurowych schodów. W
ostatnich chwili odbił podstępne, dolneciecie, które bez problemu
rozpłatało by mu klatkę piersiową. Obrót, jednak tobrunet nadal był tym
przypieranym do muru. Ciosy Termariare schodziły coraz niżej,jeszcze
jeden podstępny atak dołem, a potem ciecie z góry. Kontra Shinywyraźnie
do zaskoczyła. Szabla wypadła mu z ręki. Przeturlał się i chwycił
jągładko. Jednak już było za późno. Czuł zimną stal katany na karku.
Oblizałwargi nerwowo.
- W końcu mnie znalazłeś… – wymruczał cicho, niemal jakgrzejący się przed kominkiem kocur.
- Tak – padła cicha odpowiedź.
- On już nie jest taki, jakim go
pamiętasz… – kontynuowałTermariare, patrząc na wzorzysty marmur na
podłodze – on jest teraz jak…Michael.
Zaśmiał się cicho, gardłowo, nie zwrócił szczególnej uwagi,na zatapiające mu się delikatnie w karku ostrze.
- Łżesz!
- Oj nie… nie kłamię… tyle tylko, że
mój brat wytrzymałtydzień… ten twój… blondynek jest strasznie odporny…
nawet nie wiesz, jaktrudno go było… połamać…
Złośliwy, pusty chichot zagłuszył
ryk starszego wampira.Zamachnął się i ciął… trafił w pustkę. Termariare
zdążył się wywinąć i dobyćukrytych w bucie sztyletów. Rzucił pierwszy,
potem drugi, trzeciego już niezdążył .Miecz rozpłatał jego śmiejącą się
twarz, poszerzając usta. Na podłogęupadł szkaradny trup, z
karykaturalnie roześmianymi oczami. Ostro pachnącawampirza krew
momentalnie zaczęła rozlewać się po holu. Shina odwrócił sięociężale,
zgięty w pół. Przez chwile odzyskiwał kontrolę nad sobą. Potemwyszarpnął
ostrze z ust nieboszczyka. Otarł go o skraj płaszcza i szerokimłukiem
ominął groteskowe zwłoki. Sztylety, którym Termariare go trafił na
razienawet nie starał się wyjmować. To wywołało by krwotok, znacznie
gorszy wskutkach, niż spustoszenie czynione w ranie przez ostrza noża.
Powoli, przez zapach posoki
przewijała się inna woń.Znacznie słodsza i bliższa sercu wampira. Zapach
Kadaja. Jednak były w nimniepokojąco obce nuty. Strachu, przerażenia i
bólu, tak ogromnego, że nie dozniesienia.
Pełen najgorszych obaw podszedł do
drzwi, z za których, jakmu się zdawało ulatywał zapach chłopaka. Pchnął
lekko stalowe, ciężkie wrota.Zaczął ostrożnie schodzić po kamiennych
stopniach. Niemal natychmiast stały sięzabójczo śliskie, od jego własnej
krwi. Minął jedną celę, potem drugą, skręciłw boczny korytarz. Doszedł
do jedynych, zamkniętych drzwi. Docisnął dłoń dozamka i otwarł go nie
kłopocząc się nawet zaklęciem. Uchylił drzwi i zamarł,momentalnie
pobladł jeszcze bardziej
- O bogowie… – tylko tyle udało mu się wyszeptać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz