wtorek, 23 stycznia 2018

Bloodlust R23: Kadaj!

Nie mógł spać. Nie mógł się poruszyć, nawet otworzyć oczu.To wszystko zbyt bolało. Chciał dosięgnąć Shiny, jakoś się z nim skontaktować, aletego też nie mógł. Nawet nie bardzo wiedział, jak to zrobić. Wampir dał mutylko kilka lekcji, niestety. Przymknął oczy i skupił się na tym, co czuł dowampira. Na spokoju, na tym dziwnym bezpieczeństwie, które czuł w jegoramionach. W tym miejscu właśnie tego brakowało mu najboleśniej.
Kilkanaście mil od wiezienia Kadaja, Shina przez krótką chwilępoczuł muśniecie jego umysłu. Było delikatne, jak muśniecie skrzydeł motyla izaraz zniknęło. Na próżno próbował odnowić kontakt. Wykrzykiwał w mentalnejpustce jego imię. Chłopak już zniknął, nie było go. Tylko ciemnia wampirzychumysłów. I Shina nadal nie wiedział, gdzie go szukać. Jednak ważne było, że wogóle żył. Niestety, sądząc po okolicznościach tego kontaktu i tym, co tylkopowierzchownie znalazł w umyśle Kadaja śmierć może przyjść po chłopaka w każdejchwili. Shina nie miał niczego, na czym mógłby się oprzeć. Tylko taprzerażająca cisza w pałacu. I nie milknący wrzask umysłu opuszczonego przeztowarzysza.
Kadaj!
0o0o0
Chłopak zamknął oczy, potem odetchnął z trudem. Spojrzał wdół i zacisnął dłonie w pieści. Sam nie wiedział, czy odważyłby się pokazaćShinie w takim stanie. Posiniaczony, brudny, z wżartą pod paznokcie zastarzałąkrwią. Wszystkie mięśnie bolały go niemiłosiernie. Z powodu ran na plecachstarał się w ogóle nie ruszać. Tylko naciągnął na siebie mocniej pozostałestrzępy kimona. Był głodny i zmarznięty. Łzy spływały mu po twarzy, praktycznieniezauważane przez świadomą cześć umysłu chłopaka. Jedna po drugiej skapywałyna brudny materiał i podłogę. Śnił o tym, że Shina go woła. Ale nie potrafiłodpowiedzieć i wszystko zniknęło. To był taki piękny sen. Kadaj zacisnął zęby zbólu. Nie zamierzał się rozpłakać, ale gdzieś tam w środku wył z tłumionejrozpaczy. Tak strasznie nie bał się jeszcze nigdy w życiu.
Do celi wszedł służący. Postawił na brudnej posadzcemetalową miskę z jakąś cienką zupą i niezupełnie świeży chleb. Potem wyszedł.Kadaj podniósł się z trudem. Lewie mu się to udało, ból prawie odbierał muapetyt, ale wiedział, że jeśli nie zje, nie da szansy Shinie. Bo w to, zewampir go uratuje wierzył jak w nic na świecie. Dodatkowo nie wiedział, czy wogóle  dostanie tu coś więcej.
Nie miał pojęcia, ze jego oprawca czai się za drzwiami.Termariare nerwowo kręcił młyńca palcami i co rusz zaglądał do celi,sprawdzając, czy Kadaj już skończył. Nie zamierzał go pośpieszać. Nie chciał,by chłopak zemdlał zbyt szybko. Miał dla niego kilka nowych, ciekawychpomysłów.
- Przyprowadźcie go, jak zje! – Rozkazał służącemu. Potemobrócił się i odszedł, kierując się do sali, zwanej karmazynową. I tobynajmniej nie ze względu na nabytą z czasem barwę ścian. Bo ta była bardziejbrunatna.
0o0o0
Kadaj jadł powoli. Cieknące po policzkach łzy wpadały dotalerza, czyniąc zupę jeszcze bardziej słoną. Skończył i odsunął od siebietalerz. Kiedy zobaczył, że ktoś wchodzi do celi z przerażeniem cofnął się podścianę. Niewiele mu to pomogło. Dwóch rosłych mężczyzn wzięło go za ramiona iwyprowadziło z celi. Nawet jakoś specjalnie się nie szarpał, wiedział, ze gdybychcieli, sprawili by mu tyle samo bólu, co tamten wampir. Zaprowadzili go dopokoju obok. Tam pchnęli go na stojący pod ścianą stół. Następnie skuliwiszącymi pod sufitem kajdankami. Następnie wyszli. W sali zostali tylko wampiri przerażony Kadaj.
Chłopak siąknął nosem i dyskretnie starł ramieniem płynącepo twarzy łzy. Starał się patrzeć na wampira beznamiętnie. Ten, paradoksalnie,miał dość smutną minę. Po chwili jednak uśmiechnął się krzywo i zrobił krok doprzodu. Obrócił chłopaka i posadził na stole. Ukucnął przy jego stopach.Sięgnął po leżące na posadzce łańcuchy i przykuł go do mocnych desekznajdujących się pomiędzy nogami ławy.
- Teraz pozbędziemy się wszystkich śladów na tobie… Jego śladów… –Wydłużone kły błysnęły przerażająco.
Zachichotał złośliwie i odwrócił się. Podniósł z ziemiwiadro wody, najpierw pieszczotliwie pocałował chłopaka w odsłonięte ramię, apotem chlusnął na niego lodowatą cieczą. Następnie zaczął wodzić chłodnympalcem po odsłoniętej, wilgotnej skórze. Czując ten dotyk blondyn z trudemhamował mdłości, zwłaszcza, gdyż wiedział, co czai się w oczach oprawcy. Onzamierzał to zrobić. I nie było osoby, która by go powstrzymała. Kiedy natrafiłpalcem na pierwszą pozostawioną przez Shinę bliznę niemal się uśmiechnął.Wyciągnął z za cholewki buta ozdobny sztylet i dokładnie wykroił śladugryzienia. Nic sobie nie robił z rozdzierającego uszy wrzasku Kadaja. Najpierwoblizał ranę ze spływającej krwi, a potem zaleczył ją swoją własną,pozostawiając czerwony, przypominający oparzenie ślad.
Chłopak raz po raz prężył się i wiotczał w jego ramionach.Ból odbierał mu zdolność logicznego myślenia. Po chwili wszystko ucichło.Niesamowite uczucie rozdzierania ustało. Tylko chłopak nadal z trudem łapał oddechi nie otwierał zaciśniętych z bólu powiek. Wolał nie wiedzieć wyrazu twarzyoprawcy, a to był dopiero początek. Krok po kroku, rana po ranie, wrzask powrzasku. Każde cięcie było bardzie bolesne od poprzedniego. Zdzierał z jegoskóry jeden ślad po drugim.
Przyjrzał się chłopcu uważniej i zsunął z niego resztkikimona. Potem przesunął dłonią po jego spoconym, poranionym torsie. Potemzsunął sztylet nisko, poniżej jego pępka. Tam też była blizna, niemal na liniinajwrażliwszego miejsca na ciele chłopaka. Jej oczywiście też się pozbył. Dośćchłodno i beznamiętnie. Dopiero potem pochylił się i pocałował go w czoło.Pogłaskał jego spocone ze strachu i bólu włosy, a następnie uśmiechnął sięlekko. Całkiem szczerze.
- Dzielny chłopiec… – Zamruczał.
Kadaj tylko rzucił się lekko, niespokojnie. Nawet nie miałsiły mu się przeciwstawić. Po policzkach spływały mu łzy. Wampir zdawał siętego nie zauważać. Również tego, że chłopaka od utraty świadomości dzieli tylkobardzo cienka granica. Która po chwili przekroczył. Nie upadł tylko dlatego, żezwisające z sufitu łańcuchy utrzymały jego bezwładne ciało. Wampir znowu ocuciłgo zimną wodą. Już nawet nie starał się wyglądać delikatnie. Chwycił go zapokaleczone ramiona i potrząsnął. Kadaj jęknął cicho, ale posłusznie otworzyłoczy.
Wtedy Termariare uśmiechnął się do niego najpaskudniej, jakpotrafił. Pchnął go na stół, i rozkuł ręce. Następnie przyszpilił prawą dłońchłopaka do dębowego blatu, pokrwawionym już od wcześniejszej aktywnościsztyletem. Nie zważając na jego krzyki, płacz i błagania zgwałcił go ponownie.Ani trochę delikatniej. Bezlitośnie powiększając obrażenia z poprzedniego dnia.W pewnej chwili zakneblował mu usta kawałkiem szmaty. Chłopak dusił się odtego, spazmatycznie łapał oddech. W duchu błagał, by Shina go uratował.Termariare jednak doskonale słyszał te myśli i to rozwścieczało go jeszczebardziej. Już ktoś kiedyś o to błagał i Shina nie przybył… na czas. Tylko w samraz na pogrzeb. Według wampira, historia bardzo lubiła się powtarzać.
Chłopak krzyknął rozpaczliwie, przy jednym z kolejnychruchów. Krew trzema strużkami spływała mu po udzie. Nie wiedział, ile jeszczewytrzyma. Ale był pewny, ze niedługo będzie w stanie zabić sam siebie, byle bywięcej nie znosić tego bólu i upokorzenia.
- Nie dziwie się, że Aranye cię trzyma… – mruknął mu wpewnym momencie do ucha – jesteś niesamowicie dobry… w tym…
Zdjął mu knebel i wysunął kły. Z prawdziwą przyjemnościązatopił je w jego ramieniu. Nie pił wiele, tyle, by pokazać blondynowi, kto tujest górą i że Shina nie ma szans go uratować. Poza tym, krew chłopaka była naprawdę,niesamowicie słodka.
Po pewnym czasie Kadaj przestał płakać, jego krzyki takżeucichły, tylko łzy, jedna po drugiej spływały po jego śmiertelnie bladychpoliczkach. Powoli tracił siły na wszystko, już teraz zwisał bezwładnieutrzymywany tylko przez wbijające mu się w ręce łańcuchy. Mimo, ze to był…dopiero drugi raz, jemu zdawało się, ze spędził tu wieczność. I nadzieja, napomoc stawała się coraz bardziej odległa. Bo czy nie był tylko niewolnikiem?Zagryzł wargi, przez chwilę z trudem starał się złapać oddech. Pomógł mu w tympoliczek wymierzony przez wampira.
Skończył i odsunął się od niegotrochę. Następnie pocałował go w policzek, niby czule. Z zadowoleniem spojrzałna swoje dzieło.
- Już nigdy nikt cię nie będziemiał… tylko ja… – ton jego głosu sugerował, ze ma to być pocieszenie. PłaczKadaja stał się jeszcze bardziej gorzki i przejmujący – oj nie płacz…
Pochylił się i pocałował go w usta,wkradając się do środka przemocą. Jednocześnie głaskał go po rękach i udach,tam, gdzie był mniej poraniony. Ta parodia czułego dotyku bolała jeszczebardziej, niż to, co zrobił z Kadajem przez chwilą. Chłopakowi chciało się wyćz bólu, z żalu. Miał dosyć. Czuł się, jakby coś w jego środku umierało z każdymmuśnięciem palców wampira, a miejsce, tego, co odchodziło zajmowała obca, lepkaciemność, która przerażała chłopaka coraz bardziej. Rozpacz coraz bardziejprzejmowała nad nim kontrolę, a on nie potrafił na to nic poradzić. Byłbezsilny, tu i teraz, a Shina nie mógł mu pomóc.
Wystarczyło jeszcze kilka minut, byKadaj zemdlał powtórnie. Termariare jeszcze chwilę trzymał go w ramionach.Potem delikatnie odłożył jego nieprzytomne ciało na stół. Rozkuł go, całująckażde zranienie. Potem spojrzał na niego po raz kolejny, tym dziwnym,nieodgadnionym głosem.
- Naprawdę, wyglądasz teraz prawietak, jak Michael… – Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno – Szkoda, żezachowujesz się też dokładnie, jak on – pochylił się nad uchem nieprzytomnegoblondyna – on też błagał wtedy Shinę o ratunek – pogłaskał go lekko po policzku– niestety, podobnie, jak tobie, nic mu to nie dało.
Obmył chłopaka z krwi, bezpośpiechu i bardzo delikatnie. Następnie owinął pokrwawionym materiałem kimona.Podniósł go i dziwnie łagodnie pocałował w rozchylone wargi. Patrzył na jegozapuchnięte, zaczerwienione od płaczu oczy i wzdychał z lekką dezaprobatą.
- Jesteś zupełnie jak on… Dlategozginiesz.
Wszedł do jego celi i delikatnieodłożył na przygotowaną wcześniej derkę. Jeszcze przez chwile patrzył na jegozwiniętą w kłębek postać. Potem zdjął swoją marynarkę. Przykrył niąnieprzytomnego chłopaka. Następnie wybiegł z celi, zamykając drzwi w pośpiechu.Zaczynał odczuwać współczucie, a to nie było dobre. Odszedł w popłochu,podobnie, jak poprzedniego dnia, a Kadaj powoli opadał do krainy koszmarów, zktórych nie można się obudzić.
0o0o0
To wszystko powtarzało się raz zarazem. Dzień za dniem, wampir powoli odzierał Kadaja z wszystkiego, co ludzkie.Chłopak coraz bardziej stawał się bezwolną lalką, taką, z którą można zrobić,co się żywnie podoba, a ta nie zaprotestuje. Tylko czasami, w nocy słychać byłodochodzący z celi przeraźliwy płacz. W tamtych chwilach Termariare żałowałtego, co robił temu, bądź co bądź dziecku, ale wystarczyła jedna myśl o Shinie,by cały żal znikał. Zemsta, to było najważniejsze, najczystsze uczucie, jakieznał. Sam również coraz bardziej pogrążał się w obłędzie.
0o0o0
Chłopak ocknął się po długimokresie braku świadomości. Te zdarzały mu się coraz częściej. Nie poruszył sięnawet o centymetr. Bezwolnie tkwił w kałuży własnej krwi. Nie miał siły, by sięprzesunąć. W głowie miał jednocześnie pustkę i chaos. Strzępy myśli, obrazów,słów, ale nic do niczego nie pasowało. Kadaj czuł, jakby tonął w tym wszystkim.Obserwował poblask pochodni na suficie, jak tonący obserwuje błyskające napowierzchni wody refleksy słońca i nie miał siły opierać się temu wrażeniu.Został mu już tylko strach. Puste, szklane oczy nawet nie spojrzały nawchodzącego do celi oprawcę. Chłopak tylko skulił się w sobie, z ust uciekło muciche jękniecie, ale nic więcej. Płacz przyjdzie później.
Znowu krzyk, łzy, krew i ból.Niemal oślepiający, biały. W myślach Kadaj błagał o śmierć. W nieprzytomnymumyśle była tylko jedna myśl. Prośba o koniec. O odpoczynek, zbawienną ciemność,ale ta nie nadchodziła.
Prawie całe ciało blondynakrwawiło. W tym stanie nawet nie mógł uciekać przed razami. Rozcięty policzek,ramię, spływające po twarzy łzy. I zupełna cisza. Z ust chłopaka nie wyrwał sięnawet najlżejszy krzyk. Potem nadeszło najgorsze. Kolejny gwałt. Wrzaskówchłopaka nie dało się już nawet nazwać ludzkimi. Krzyczał jak zaszczutezwierze. Rozpaczliwie drapał połamanymi paznokciami powietrze. I wzywał śmierć.Ten ból i upokorzenie były nieznośne. Tym razem chłopak miał szczęście.Termariare zabawił się z nim tylko trzy razy. Następnie rzucił na podłogę, jakzepsutą zabawkę. Połamana i bezużyteczną. Piękną, mimo popękanej porcelanowejtwarzyczki.
Nie pamiętał, kim jest, ani jak sięnazywa. Nie rozpoznawał dnia, ani nocy, znał tylko ból, zimno, głód i jegodotyk. Oraz pragnienie, by to wszystko już się skończyło.

0o0o0
Bardzo dużo czasu zajęło Shiniedotarcie do jedynych osób zdolnych odnaleźć Kadaja. Na szczęście, jego stosunkiz księciem były bardziej niż poprawne. Nim jednak udało się wszystkoprzygotować i odnaleźć miejsce, gdzie Termariare go ukrył minęło wiele czasu,zbyt wiele. Shina doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co mogło się stać zblondynem, aż krew tężała mu w żyłach. Właśnie dlatego odrzucił propozycjępomocy. Musiał zakończyć to własnoręcznie.
0o0o0
Nim Termariare zorientował się, cobyło źle z zabezpieczeniami stało się już za późno. Wyszedł z lochu i zamarłzaszokowany. Jednak już po chwili na jego anielskiej twarzy wykwitł złośliwyuśmiech. Nie dając Shinie czasu na wypowiedzenie nawet jednego słowa skoczył doprzodu. Zbiegał po kilka stopni, z jego oczu pałał dziki blask. Sięgnął dowiszącej u pasa pochwy, błysnęła stal. Po chwili po pustym, marmurowym holuponiósł się metaliczny trzask. Szabla spotkała katanę.
Parada, obrót, wypad i pchnięcie. Spokojnie, krok po kroku,to Shina zdobywał przewagę. Ale widział ogień w oczach przeciwnika. Termariarenie walczył, by wygrać, on walczył, by zabić. Starszy wampir był niemal pewny,że gdyby karminowooki mógł wygrać, nadziewając się na jego ostrze, zrobiłby to.
Szabla sprawnie odbijała zadawane kataną ciosy. Termariarewiedział, że jest słabszy w walce, ale to on nie miał nic do stracenia. Kolejnycios i nieczyste kopniecie, Shina jednak je przewidział. Krok w tył, dwa,parada… Znowu, Shina powoli tracił grunt pod nogami. Natomiast Termariarenabierał pewności siebie. Bez wątpienia, jego styl przez te wszystkie lataznacznie się poprawił, a i jako człowiek, był w tym całkiem dobry.
Jeszcze jeden obrót, zakrok i pchnięcie. Shina zachwiał sięna krawędzi marmurowych schodów. W ostatnich chwili odbił podstępne, dolneciecie, które bez problemu rozpłatało by mu klatkę piersiową. Obrót, jednak tobrunet nadal był tym przypieranym do muru. Ciosy Termariare schodziły coraz niżej,jeszcze jeden podstępny atak dołem, a potem ciecie z góry. Kontra Shinywyraźnie do zaskoczyła. Szabla wypadła mu z ręki. Przeturlał się i chwycił jągładko. Jednak już było za późno. Czuł zimną stal katany na karku. Oblizałwargi nerwowo.
- W końcu mnie znalazłeś… – wymruczał cicho, niemal jakgrzejący się przed kominkiem kocur.
- Tak – padła cicha odpowiedź.
- On już nie jest taki, jakim go pamiętasz… – kontynuowałTermariare, patrząc na wzorzysty marmur na podłodze – on jest teraz jak…Michael.
Zaśmiał się cicho, gardłowo, nie zwrócił szczególnej uwagi,na zatapiające mu się delikatnie w karku ostrze.
- Łżesz!
- Oj nie… nie kłamię… tyle tylko, że mój brat wytrzymałtydzień… ten twój… blondynek jest strasznie odporny… nawet nie wiesz, jaktrudno go było… połamać…
Złośliwy, pusty chichot zagłuszył ryk starszego wampira.Zamachnął się i ciął… trafił w pustkę. Termariare zdążył się wywinąć i dobyćukrytych w bucie sztyletów. Rzucił pierwszy, potem drugi, trzeciego już niezdążył .Miecz rozpłatał jego śmiejącą się twarz, poszerzając usta. Na podłogęupadł szkaradny trup, z karykaturalnie roześmianymi oczami. Ostro pachnącawampirza krew momentalnie zaczęła rozlewać się po holu. Shina odwrócił sięociężale, zgięty w pół. Przez chwile odzyskiwał kontrolę nad sobą. Potemwyszarpnął ostrze z ust nieboszczyka. Otarł go o skraj płaszcza i szerokimłukiem ominął groteskowe zwłoki. Sztylety, którym Termariare go trafił na razienawet nie starał się wyjmować. To wywołało by krwotok, znacznie gorszy wskutkach, niż spustoszenie czynione w ranie przez ostrza noża.
Powoli, przez zapach posoki przewijała się inna woń.Znacznie słodsza i bliższa sercu wampira. Zapach Kadaja. Jednak były w nimniepokojąco obce nuty. Strachu, przerażenia i bólu, tak ogromnego, że nie dozniesienia.
Pełen najgorszych obaw podszedł do drzwi, z za których, jakmu się zdawało ulatywał zapach chłopaka. Pchnął lekko stalowe, ciężkie wrota.Zaczął ostrożnie schodzić po kamiennych stopniach. Niemal natychmiast stały sięzabójczo śliskie, od jego własnej krwi. Minął jedną celę, potem drugą, skręciłw boczny korytarz. Doszedł do jedynych, zamkniętych drzwi. Docisnął dłoń dozamka i otwarł go nie kłopocząc się nawet zaklęciem. Uchylił drzwi i zamarł,momentalnie pobladł jeszcze bardziej
- O bogowie… – tylko tyle udało mu się wyszeptać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz