Przez kolejne dwa dni niewiele się
zmieniło. Zarówno Kadajjak i Shina zdawali się grać w podchody. Tylko,
że z bruneta powoli zaczynaławychodzić wampirza natura. Czuł, jak w
pobliżu chłopaka aż kły zaczynają goświerzbić. Częste polowania wcale
nie pomagały, co wprawiało go w stan pokrewnypermanentnej irytacji… a
Kadaj nadal nie pozwalał się nawet dotknąć i tylkowodził za nim tymi
przeraźliwie smutnymi oczami.
- Obudź się kotku… – mruknął wampir,
pochylając się nadchłopakiem z delikatnym uśmiechem. Obok jego prawego
ramienia lewitowała tacaze śniadaniem. Zupa mleczna i biszkopty, nic
ciężkostrawnego. Zamruczał,widząc, jak powieki chłopaka uchylają się z
wolna. Oczy blondyna spoczęły nasrebrnej miseczce…
- Fuj… znowu ta paciaja? – Shinie nieco zrzedła mina.
- Nie marudź, tylko siadaj. – Ból
był już znikomy, więcchłopak podniósł się bez większych problemów.
Uniósł ręce w obronnym geście,kiedy wampir chciał mu pomóc.
– Nie dotykaj! – Przypomniał – sam sobie poradzę.
Shina nie skomentował, tylko prychając cicho usiadł nafotelu. W milczeniu patrzył, jak Kadaj krzywi się nad owsianką.
- Jedz… nie przeglądaj się. Nic tam ciekawego nieznajdziesz.
0o0o0
- Kadaj natychmiast otwieraj te
drzwi! – Ciężka pieśćwampira uderzyła w drewno, które odpowiedziało
cichym trzaskiem, jednak nieustąpiło – jeśli zasłabłeś to będę musiał
wyważyć te drzwi! – Chwila ciszy –Kadaj, otwieraj albo naprawdę sam
sobie otworzę!
- Nie zemdlałem! Zostaw mnie w spokoju! –
Chłopak spojrzał w stronę, z którejdochodziło powarkiwanie wampira i
kopnął drzwi zirytowany. – Zostaw mnie, chcęmieć chwilę spokoju, bez
twojego matkowania!
- Otwieraj!
- Nie! – Odsunął się od drzwi na
bezpieczną odległość – niezamierzam stąd wychodzić! – Przy końcu zdania
głos mu się lekko załamał, alemimo to nadal wpatrywał się w drzwi z
tępym uporem – Daj. Mi. Wreszcie. Święty.Spokój! – Odwrócił się, oparł
dłońmi o szafkę i raz jeszcze spojrzał w lustro.Skrzywił się, widząc, ze
brzydkie, różowe niteczki wcale nie zniknęły z jegopoliczków. Z niemal
masochistycznym zawzięciem przesunął palcem po jednej zblizn.
- Kadaj!? Co się dzieje!?
- Nic! To już w kiblu posiedzieć nie można!? Przecież nicsobie nie zrobię!
- Ale…
- Zabrałeś stąd każdy jeden kawałeczek szkła, nożyczek,nawet głupią pęsetę! Co niby miałbym sobie zrobić!?
- Nie wiem ale…
- Wyjdź! – Przerwał mu oddychając
ciężko. – Nie jestemidiotą! A nawet jeśli ty akurat doskonale wyczuwasz
zapach mojej krwi, więc…Wynoś się!
- Nie ma szans, wchodzę! – Dotknął
zamka i szybko otworzyłgo zaklęciem. Wpadł do środka i chwycił Kadaja za
ręce, oglądając je dokładnie,jak nadgorliwa pielęgniarka – a jednak
wszystko w porządku…
- A jak miałoby być? – Burknął Kadaj patrząc na wampiraspode łba – wynoś się, chce być sam!
Wampir nic sobie z jego słów nie robił. Przyciągnął go do siebie i przytulił,potem zaczął go lekko gładzić po plecach.
- Nie rób ze mnie psychopaty samobójcy., tak źle ze mnąjeszcze nie jest…
- Już Kotku. Już z tobą tak źle nie jest – chłopak skrzywiłsię, ale nie zaprotestował.
- Imbecyl… – mruknął tylko sam do
siebie. Wampiruśmiechnął się pod nosem na swój niezbyt przyjemny sposób.
Przyciągnął chłopakado siebie i pocałował go prosto w usta,
wykorzystując jego zaskoczenie, bywedrzeć się do ich jedwabistego
wnętrza. Chłopak smakował gorzkimi lekarstwamii miodem. Wampir zamruczał
z zadowolenia, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego,jak bardzo było mu
brak tej bliskości. Nagle prychnął i odsunął się od Kadaja,wycierając
cieknąca po brodzie stróżkę krwi.
- Odwaliło ci!? – Warknął chłopak,
po czym wybiegł złazienki trzaskając drzwiami. Wampir popatrzył za nim
wzrokiem zbitego psa.Przecież chłopak mówił mu, żadnegodotykania… a on go pocałował. Czuł, że w pełni zasłużył na ugryzienie, którympotraktował go młodszy mężczyzna.
- Shina, ty… kretynie…- Warknął,
uderzając ręką weframugę drzwi – jak mogłeś to spieprzyć… a szło już w
miarę dobrze…- nikt munie odpowiedział. Bo i nie miał kto. Został sam,
Kadaj już dawno był na dworze,tuląc się do Miętówki jak wystraszony
kociak.
0o0o0
Wampir znalazł go jakiś czas
później. Odetchnął z ulgą ipodszedł bliżej do zacienionej bluszczem
altany. Chłopak leżał wciśnięty w kątpomiędzy ścianą i cielskiem kocicy.
- Psik zdrajco!
Warknął na kota i podszedł do Kadaja. Wbrew jego wolipodniósł go i wziął na ręce. Chłopakwyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, lub dać Shinie po twarzy. Próbowałwyrwać się wampirowi, ale z marnym skutkiem.
- Zostaw mnie! – Warknął w końcu,
gryząc mężczyznę w dłoń,gdy ten chciał go pogłaskać. Mimo to wampir
nadal trzymał go na kolanach iprzytulał do siebie mocno. Nie zanosiło
się też, by zamierzał go szybkowypuścić.
- Spokojnie, nic ci przecież nie
zrobię… – Chłopakaniezbyt to uspokoiło, ale przynajmniej przestał wbijać
paznokcie w ramięwampira. Shina pocałował go w czoło, potem pogłaskał
po plecach i delikatniepochylił do tyłu. Potem jeszcze trochę, aż w
końcu chłopak leżał na ławce, awampir opierał glonie po obu stronach
jego głowy. Zmienił pozycję, by było muwygodniej i uśmiechnął się do
Kadaja uspokajająco. Potem znowu zaczął gocałować. Delikatnie, jakby
smakował najsłodszy na świecie owoc, nawet obolałypo wcześniejszym
ugryzieniu język niezbyt mu przeszkadzał. Dopiero po dłuższymczasie
wampir zauważył, ze coś jest nie tak. Kadaj nie reagował, leżał pod
nim,drżąc lekko, w kącikach jego oczu srebrzyły się łzy. Shina oderwał
się od niegoi zamarł z głupią miną. Pocałunek co prawda był delikatny,
ale i takśmiertelnie przestraszył blondyna. Bo tym razem chłopak nie
miał za bardzo jakmu uciec.
- Przepraszam… – wyszeptał. Jak
głupio te słowa zabrzmiaływiedział już w chwili, gdy je wypowiadał, ale
nic innego nie przyszło mu dogłowy. – Nie wolno mi było… Kadaj,
przepraszam…
- A idź się pieprzyć z tym swoim
przepraszam… – śmiertelnabladość i drżące usta odebrały całą moc słowom
Kadaja. Wyszedł z nich po prostukolejny przestraszony jęk. Chłopak
odepchnął wampira i usiadł. Podciągnąłkolana pod brodę i oparł pięty na
brzegu ławki. „Jak on mógł zapomnieć, co tamten skurwysyn mi zrobił… cholera…jeszcze jeden popapraniec mi się trafił…” – najgorsze nie było jednak, zewampir odważył się go dotknąć, ale to, jak bardzo ten dotyk przerażał chłopaka.
Shina, jakby nic z tego nie
rozumiejąc pogłaskał Kadaja poramieniu i odwrócił go do siebie, kciukiem
ścierając niesforną łzę z policzka.
- Wybacz – poprosił. – Uwierz, ja… nie mógłbym ci tegozrobić… skrzywdzić cię… co mam zrobić, żebyś mi uwierzył?
- Przestań mnie w końcu dotykać!
- Ale… – Shina uniósł dłoń, jakby chciał pogładzić Kadajapo policzku.
- Psik! Zostaw! Nie rusz!… – tak
trudno to zapamiętać? –Chłopak wyrwał się z jego objęć i odszedł kilka
kroków. Potem obrócił się, rękąbezwiednie przecierając zaczerwienione
oczy.
- Możesz się do mnie zbliżyć, kiedy to dobrze zapamiętasz…Miętówka jakoś potrafiła opanować te… zasady…
Wampir patrzył za odchodzącym chłopakiem nieco tępymwzrokiem. Czuł się, jakby właśnie oberwał pałką między oczy. „Zostaw! Nie ruszaj!… Normalniefantastycznie…” warczał sam do siebie, podnosząc się z ławki. „W
dodatku sam wszystko własnoręczniespartoliłem! Nic, tylko się ze
szczęścia upić… ale nie, nam wampirom nawet tonie jest dane…” W
powietrzu wciąż unosiła się ulotna woń chłopaka, alewampir za nią nie
podążył. Zamiast tego skierował się do rezydencji, klnąc wduchu na
przeklętą istotę powszechnie nazywana Naturą.
0o0o0
W tym samym czasie Kadaj zdzierał sobie skórę z kostek,boksując bez opamiętania w pień starej sosny. „Stary,
porąbany, antyczny zboczach! Dlaczego chociaż jedna osoba wmoim
otoczeniu nie może być normalna…Wróć! Dlaczego jedyna osoba w
moimotoczeniu nie może być normalna! Ten… zboczyl nawet mi wyjść nie da!
Tylko mumizianie w głowie! A moje osobiste uczucia to gdzie? Miętówka
ogryzła!?”
- Moje kochane kociątko… –
zamruczał, do szarpiącej go zanogawkę pantery. Odsunął się od drzewa i z
głuchym jękiem opadł na trawę – Mamtego wszystkiego dosyć. Niech mnie
piorun trzaśnie, albo coś… – popatrzyłkocicy w oczy, a ta zrobiła taką
minę, że przez chwilę chłopak mógłby przysiąc,ze wywracała oczami
zirytowana.
– Masz rację kochana, marudzę bez
sensu. – Sięgnął ipodrapał ją za uchem. Uśmiechnął się, słysząc gardłowe
mruczenie – kochanapotwora…
Kochana potwora uniosła łeb i zaczęła wylizywać poranionedłonie. Szorstki język drapał, a chłopak krzywił się zdegustowany.
- Zostaw – kazał w końcu. Posłuchała. Gdyby jeszcze ktośinny tak go słuchał… niektóre rzeczy byłyby wtedy o wiele łatwiejsze.
0o0o0
Shina bardzo cicho wsunął się do
sypialni chłopaka. Napalcach podszedł do łóżka i nachylił się nad
blondynem, spoglądając na niego zniepokojem. Po chwili odetchnął z ulgą. Nie było zaczerwienionych oczu, ani żadnych innych śladów płaczu. „Czyli to w parku nie przeraziło cię takbardzo jak myślałem”. Delikatnie
przesunął kciukiem po wargach chłopaka, wodpowiedzi ten mruknął coś
tylko i obrócił się na bok, a kiedy Shina pochyliłsię nad nim bardziej
zacisnął dłoń na brzegu jego koszuli.
- Głu… pi… kr… pijca… – Była tylko jedna osoba,którą chłopak mógł nazwać krwiopijcą, do tego głupim. „Wiec śnię ci się po nocach? Na szczęście na koszmar to mi niewygląda…” Delikatnie wyplątał materiał spomiędzy palców blondyna.
- Dobranoc wrednziuchu – pochylił
się i bardzo lekko musnąłustami jego policzek, potem otulił go
szczelniej kołdrą i ze zrezygnowanympomrukiem wyszedł z pokoju.
Skierował się do swojej sypialni, po drodzewyrzucając Miętówkę na taras.
Bo po co kot miałby się w nocy szlajać pokorytarzach?
0o0o0
„Co jest? Do jasnejcholery? Czemu mnie tak kołysze? I czemu tu jest jasno? W moim pokoju nigdy niejest jasno…” Kadaj uniósł jedną powiekę, potem drugą. Potem obrócił głowęna bok.
- Mówiłem ci cholerny zboczeńcu
żebyś mnie nie dotkał! –Wrzask poniósł się wzdłuż marmurowego korytarza,
docierając prawdopodobni dokażdego służącego w rezydencji.
- Przecież nie dotykam… niosę cię przez koc! – Uśmiech ibłyski w oczach wampira uciszyły Kadaja, przynajmniej chwilowo.
- Gdzie mnie niesiesz? – Zapytał, kiedy minęli kolejnykorytarz i nadal się nie zatrzymywali.
- Do jadalni? Dość już śniadanek do łóżka. Jeśli możesz jużuciekać i wyzywać znaczy że przy stole też usiedzisz.
Zeszli po schodach prowadzących do
głównego holu, przeszlipod wielkim, barokowym zegarem i minąwszy wielkie
szklane drzwi weszli do salijadalnej.
- Organizujesz tu czasem bale dla
królewny śnieżki i siedmiukrasnoludków? I połowy królestwa? – Wampir
wywrócił oczami i z westchnieniemodstawił chłopaka na fotel. – Bo na
jadalnię mi to nie wygląda. Za duże.
- Wybacz, nie mój projekt. Ale pokoje obok kuchni tozazwyczaj jadalnie, wiesz?
- Nie wiem. W moim mieszkanku miałem tylko kuchnię i pokuj!
- Twój problem! – Wampir potarł skronie z irytacją. – Cochciałbyś zjeść?
- To dzisiaj odpuszczamy sobie
dietetyczną mamałygę? – Shinapokręcił głową na tak – w takim razie
poproszę… kiełbaski! I tosty z serem!
- A do picia?
- Jest cola? Sprite? Piwo?
- Herbata? Bo wina do śniadania się nie pije.
- Niech będzie zwykła, tylko dużo cytryny.
- To zwykła, czy cytrynowa?
- Człowieku…
- Wampirze, jak już coś. To cytrynowa, czy zwykła?
- Cytrynowa, pasuje? I nie patrz tak na moją szyję bo sięczuje jak serdelek na wystawie w rzeźni!
Wampir nic nie powiedział, ale
odwrócił wzrok zmieszany.Potem wstał bez ostrzeżenia i wyszedł. Po
chwili wrócił, a za nim szła jakaśdziewczyna z tacą. Na niej stał… mały
serwis składający się z tylu elementów,że Kadaj myślał, ze to całe
śniadanie. Okazało się jednak, że to tylko herbata.
- Wystarczyła by szklanka, plus
torebka wiesz?Zaoszczędziłbyś na rachunkach za wodę – wampir wzruszył
ramionami. Kadaj nalałwrzątku do filiżanki i zamieszał. Odczekał chwilę,
aż się zaparzy i wsypał trzyłyżeczki cukru. Shina skrzywił się
zdegustowany.
- Kadaj? – Odezwał się wampir po około pół godziniemilczenia.
- Hmmm?
- Ten słaby kontakt… wtedy… to ty
próbowałeś się ze mnąporozumieć? – Chłopak zakrztusił się i opluł
herbatą pół stołu przed sobą.
- A co cię nagle zebrało na takie pytania? I jak nie ja, tokto? Sierotka Marysia?
Shina prychnął, spuszczając lekko głowę.
- Masz racje, koszmarnie głupie pytanie… więc to jednakbyłeś ty?
- Mhm – chłopak sięgał po kolejnego Tosta i wpakował sobiewilki kęs do buzi – ory, are a e oge eraz omaać…
- Dobrze, skoro nie chcesz gadać to posiedzimy sobie ipomilczymy… jak para osiemdziesięciolatków.
- Nie odmładzaj się, jesteś co najmniej dwa razy starszy niżosiemdziesięciolatek.
- Pięć.
- Co pięć?
- Tak piec, sześć razy starszy niż osiemdziesięciolatek.
- I jeszcze się nie rozpadłeś?
- Jak widać.
- Szkoda!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz