wtorek, 23 stycznia 2018

Bloodlust R26: Psik! Zostaw! Nie rusz!

Przez kolejne dwa dni niewiele się zmieniło. Zarówno Kadajjak i Shina zdawali się grać w podchody. Tylko, że z bruneta powoli zaczynaławychodzić wampirza natura. Czuł, jak w pobliżu chłopaka aż kły zaczynają goświerzbić. Częste polowania wcale nie pomagały, co wprawiało go w stan pokrewnypermanentnej irytacji… a Kadaj nadal nie pozwalał się nawet dotknąć i tylkowodził za nim tymi przeraźliwie smutnymi oczami.
- Obudź się kotku… – mruknął wampir, pochylając się nadchłopakiem z delikatnym uśmiechem. Obok jego prawego ramienia lewitowała tacaze śniadaniem. Zupa mleczna i biszkopty, nic ciężkostrawnego. Zamruczał,widząc, jak powieki chłopaka uchylają się z wolna. Oczy blondyna spoczęły nasrebrnej miseczce…
- Fuj… znowu ta paciaja? – Shinie nieco zrzedła mina.
- Nie marudź, tylko siadaj. – Ból był już znikomy, więcchłopak podniósł się bez większych problemów. Uniósł ręce w obronnym geście,kiedy wampir chciał mu pomóc.
– Nie dotykaj! – Przypomniał – sam sobie poradzę.
Shina nie skomentował, tylko prychając cicho usiadł nafotelu. W milczeniu patrzył, jak Kadaj krzywi się nad owsianką.
- Jedz… nie przeglądaj się. Nic tam ciekawego nieznajdziesz.
0o0o0
- Kadaj natychmiast otwieraj te drzwi! – Ciężka pieśćwampira uderzyła w drewno, które odpowiedziało cichym trzaskiem, jednak nieustąpiło – jeśli zasłabłeś to będę musiał wyważyć te drzwi! – Chwila ciszy –Kadaj, otwieraj albo naprawdę sam sobie otworzę!
- Nie zemdlałem! Zostaw mnie w spokoju! – Chłopak spojrzał w stronę, z którejdochodziło powarkiwanie wampira i kopnął drzwi zirytowany. – Zostaw mnie, chcęmieć chwilę spokoju, bez twojego matkowania!
- Otwieraj!
- Nie! – Odsunął się od drzwi na bezpieczną odległość – niezamierzam stąd wychodzić! – Przy końcu zdania głos mu się lekko załamał, alemimo to nadal wpatrywał się w drzwi z tępym uporem – Daj. Mi. Wreszcie. Święty.Spokój! – Odwrócił się, oparł dłońmi o szafkę i raz jeszcze spojrzał w lustro.Skrzywił się, widząc, ze brzydkie, różowe niteczki wcale nie zniknęły z jegopoliczków. Z niemal masochistycznym zawzięciem przesunął palcem po jednej zblizn.
- Kadaj!? Co się dzieje!?
- Nic! To już w kiblu posiedzieć nie można!? Przecież nicsobie nie zrobię!
- Ale…
- Zabrałeś stąd każdy jeden kawałeczek szkła, nożyczek,nawet głupią pęsetę! Co niby miałbym sobie zrobić!?
- Nie wiem ale…
- Wyjdź! – Przerwał mu oddychając ciężko. – Nie jestemidiotą! A nawet jeśli ty akurat doskonale wyczuwasz zapach mojej krwi, więc…Wynoś się!
- Nie ma szans, wchodzę! – Dotknął zamka i szybko otworzyłgo zaklęciem. Wpadł do środka i chwycił Kadaja za ręce, oglądając je dokładnie,jak nadgorliwa pielęgniarka – a jednak wszystko w porządku…
- A jak miałoby być? – Burknął Kadaj patrząc na wampiraspode łba – wynoś się, chce być sam!
Wampir nic sobie z jego słów nie  robił. Przyciągnął go do siebie i przytulił,potem zaczął go lekko gładzić po plecach.
- Nie rób ze mnie psychopaty samobójcy., tak źle ze mnąjeszcze nie jest…
- Już Kotku. Już z tobą tak źle nie jest – chłopak skrzywiłsię, ale nie zaprotestował.
- Imbecyl… – mruknął tylko sam do siebie. Wampiruśmiechnął się pod nosem na swój niezbyt przyjemny sposób. Przyciągnął chłopakado siebie i pocałował go prosto w usta, wykorzystując jego zaskoczenie, bywedrzeć się do ich jedwabistego wnętrza. Chłopak smakował gorzkimi lekarstwamii miodem. Wampir zamruczał z zadowolenia, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego,jak bardzo było mu brak tej bliskości. Nagle prychnął i odsunął się od Kadaja,wycierając cieknąca po brodzie stróżkę krwi.
- Odwaliło ci!? – Warknął chłopak, po czym wybiegł złazienki trzaskając drzwiami. Wampir popatrzył za nim wzrokiem zbitego psa.Przecież chłopak mówił mu,  żadnegodotykania… a on go pocałował. Czuł, że w pełni zasłużył na ugryzienie, którympotraktował go młodszy mężczyzna.
- Shina, ty… kretynie…- Warknął, uderzając ręką weframugę drzwi – jak mogłeś to spieprzyć… a szło już w miarę dobrze…- nikt munie odpowiedział. Bo i nie miał kto. Został sam, Kadaj już dawno był na dworze,tuląc się do Miętówki jak wystraszony kociak.
0o0o0
Wampir znalazł go jakiś czas później. Odetchnął z ulgą ipodszedł bliżej do zacienionej bluszczem altany. Chłopak leżał wciśnięty w kątpomiędzy ścianą i cielskiem kocicy.
- Psik zdrajco!
Warknął na kota i podszedł do Kadaja. Wbrew jego wolipodniósł go i wziął na ręce.  Chłopakwyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, lub dać Shinie po twarzy. Próbowałwyrwać się wampirowi, ale z marnym skutkiem.
- Zostaw mnie! – Warknął w końcu, gryząc mężczyznę w dłoń,gdy ten chciał go pogłaskać. Mimo to wampir nadal trzymał go na kolanach iprzytulał do siebie mocno. Nie zanosiło się też, by zamierzał go szybkowypuścić.
- Spokojnie, nic ci przecież nie zrobię… – Chłopakaniezbyt to uspokoiło, ale przynajmniej przestał wbijać paznokcie w ramięwampira. Shina pocałował go w czoło, potem pogłaskał po plecach i delikatniepochylił do tyłu. Potem jeszcze trochę, aż w końcu chłopak leżał na ławce, awampir opierał glonie po obu stronach jego głowy. Zmienił pozycję, by było muwygodniej i uśmiechnął się do Kadaja uspokajająco. Potem znowu zaczął gocałować. Delikatnie, jakby smakował najsłodszy na świecie owoc, nawet obolałypo wcześniejszym ugryzieniu język niezbyt mu przeszkadzał. Dopiero po dłuższymczasie wampir zauważył, ze coś jest nie tak. Kadaj nie reagował, leżał pod nim,drżąc lekko, w kącikach jego oczu srebrzyły się łzy. Shina oderwał się od niegoi zamarł z głupią miną. Pocałunek co prawda był delikatny, ale i takśmiertelnie przestraszył blondyna. Bo tym razem chłopak nie miał za bardzo jakmu uciec.
- Przepraszam… – wyszeptał. Jak głupio te słowa zabrzmiaływiedział już w chwili, gdy je wypowiadał, ale nic innego nie przyszło mu dogłowy. – Nie wolno mi było… Kadaj, przepraszam…
- A idź się pieprzyć z tym swoim przepraszam… – śmiertelnabladość i drżące usta odebrały całą moc słowom Kadaja. Wyszedł z nich po prostukolejny przestraszony jęk. Chłopak odepchnął wampira i usiadł. Podciągnąłkolana pod brodę i oparł pięty na brzegu ławki. „Jak on mógł zapomnieć, co tamten skurwysyn mi zrobił… cholera…jeszcze jeden popapraniec mi się trafił…” – najgorsze nie było jednak, zewampir odważył się go dotknąć, ale to, jak bardzo ten dotyk przerażał chłopaka.
Shina, jakby nic z tego nie rozumiejąc pogłaskał Kadaja poramieniu i odwrócił go do siebie, kciukiem ścierając niesforną łzę z policzka.
- Wybacz – poprosił. – Uwierz, ja… nie mógłbym ci tegozrobić… skrzywdzić cię… co mam zrobić, żebyś mi uwierzył?
- Przestań mnie w końcu dotykać!
- Ale… – Shina uniósł dłoń, jakby chciał pogładzić Kadajapo policzku.
- Psik! Zostaw! Nie rusz!… – tak trudno to zapamiętać? –Chłopak wyrwał się z jego objęć i odszedł kilka kroków. Potem obrócił się, rękąbezwiednie przecierając zaczerwienione oczy.
- Możesz się do mnie zbliżyć, kiedy to dobrze zapamiętasz…Miętówka jakoś potrafiła opanować te… zasady…
Wampir patrzył za odchodzącym chłopakiem nieco tępymwzrokiem. Czuł się, jakby właśnie oberwał pałką między oczy. „Zostaw! Nie ruszaj!… Normalniefantastycznie…” warczał sam do siebie, podnosząc się z ławki. „W dodatku sam wszystko własnoręczniespartoliłem! Nic, tylko się ze szczęścia upić… ale nie, nam wampirom nawet tonie jest dane…” W powietrzu wciąż unosiła się ulotna woń chłopaka, alewampir za nią nie podążył. Zamiast tego skierował się do rezydencji, klnąc wduchu na przeklętą istotę powszechnie nazywana Naturą.
0o0o0
W tym samym czasie Kadaj zdzierał sobie skórę z kostek,boksując bez opamiętania w pień starej sosny. „Stary, porąbany, antyczny zboczach! Dlaczego chociaż jedna osoba wmoim otoczeniu nie może być normalna…Wróć! Dlaczego jedyna osoba w moimotoczeniu nie może być normalna! Ten… zboczyl nawet mi wyjść nie da! Tylko mumizianie w głowie! A moje osobiste uczucia to gdzie? Miętówka ogryzła!?”
- Moje kochane kociątko… – zamruczał, do szarpiącej go zanogawkę pantery. Odsunął się od drzewa i z głuchym jękiem opadł na trawę – Mamtego wszystkiego dosyć. Niech mnie piorun trzaśnie, albo coś… – popatrzyłkocicy w oczy, a ta zrobiła taką minę, że przez chwilę chłopak mógłby przysiąc,ze wywracała oczami zirytowana.
– Masz rację kochana, marudzę bez sensu. – Sięgnął ipodrapał ją za uchem. Uśmiechnął się, słysząc gardłowe mruczenie – kochanapotwora…
Kochana potwora uniosła łeb i zaczęła wylizywać poranionedłonie. Szorstki język drapał, a chłopak krzywił się zdegustowany.
- Zostaw – kazał w końcu. Posłuchała. Gdyby jeszcze ktośinny tak go słuchał… niektóre rzeczy byłyby wtedy o wiele łatwiejsze.
0o0o0
Shina bardzo cicho wsunął się do sypialni chłopaka. Napalcach podszedł do łóżka i nachylił się nad blondynem, spoglądając na niego zniepokojem. Po chwili odetchnął z ulgą. Nie było zaczerwienionych oczu, ani żadnych innych śladów płaczu. „Czyli to w parku nie przeraziło cię takbardzo jak myślałem”. Delikatnie przesunął kciukiem po wargach chłopaka, wodpowiedzi ten mruknął coś tylko i obrócił się na bok, a kiedy Shina pochyliłsię nad nim bardziej zacisnął dłoń na brzegu jego koszuli.
- Głu… pi… kr… pijca… – Była tylko jedna osoba,którą chłopak mógł nazwać krwiopijcą, do tego głupim. „Wiec śnię ci się po nocach? Na szczęście na koszmar to mi niewygląda…” Delikatnie wyplątał materiał spomiędzy palców blondyna.
- Dobranoc wrednziuchu – pochylił się i bardzo lekko musnąłustami jego policzek, potem otulił go szczelniej kołdrą i ze zrezygnowanympomrukiem wyszedł z pokoju. Skierował się do swojej sypialni, po drodzewyrzucając Miętówkę na taras. Bo po co kot miałby się w nocy szlajać pokorytarzach?
0o0o0
„Co jest? Do jasnejcholery? Czemu mnie tak kołysze? I czemu tu jest jasno? W moim pokoju nigdy niejest jasno…” Kadaj uniósł jedną powiekę, potem drugą. Potem obrócił głowęna bok.
- Mówiłem ci cholerny zboczeńcu żebyś mnie nie dotkał! –Wrzask poniósł się wzdłuż marmurowego korytarza, docierając prawdopodobni dokażdego służącego w rezydencji.
- Przecież nie dotykam… niosę cię przez koc! – Uśmiech ibłyski w oczach wampira uciszyły Kadaja, przynajmniej chwilowo.
- Gdzie mnie niesiesz? – Zapytał, kiedy minęli kolejnykorytarz i nadal się nie zatrzymywali.
- Do jadalni? Dość już śniadanek do łóżka. Jeśli możesz jużuciekać i wyzywać znaczy że przy stole też usiedzisz.
Zeszli po schodach prowadzących do głównego holu, przeszlipod wielkim, barokowym zegarem i minąwszy wielkie szklane drzwi weszli do salijadalnej.
- Organizujesz tu czasem bale dla królewny śnieżki i siedmiukrasnoludków? I połowy królestwa? – Wampir wywrócił oczami i z westchnieniemodstawił chłopaka na fotel. – Bo na jadalnię mi to nie wygląda. Za duże.
- Wybacz, nie mój projekt. Ale pokoje obok kuchni tozazwyczaj jadalnie, wiesz?
- Nie wiem. W moim mieszkanku miałem tylko kuchnię i pokuj!
- Twój problem! – Wampir potarł skronie z irytacją. – Cochciałbyś zjeść?
- To dzisiaj odpuszczamy sobie dietetyczną mamałygę? – Shinapokręcił głową na tak – w takim razie poproszę… kiełbaski! I tosty z serem!
- A do picia?
- Jest cola? Sprite? Piwo?
- Herbata? Bo wina do śniadania się nie pije.
- Niech będzie zwykła, tylko dużo cytryny.
- To zwykła, czy cytrynowa?
- Człowieku…
- Wampirze, jak już coś. To cytrynowa, czy zwykła?
- Cytrynowa, pasuje? I nie patrz tak na moją szyję bo sięczuje jak serdelek na wystawie w rzeźni!
Wampir nic nie powiedział, ale odwrócił wzrok zmieszany.Potem wstał bez ostrzeżenia i wyszedł. Po chwili wrócił, a za nim szła jakaśdziewczyna z tacą. Na niej stał… mały serwis składający się z tylu elementów,że Kadaj myślał, ze to całe śniadanie. Okazało się jednak, że to tylko herbata.
- Wystarczyła by szklanka, plus torebka wiesz?Zaoszczędziłbyś na rachunkach za wodę – wampir wzruszył ramionami. Kadaj nalałwrzątku do filiżanki i zamieszał. Odczekał chwilę, aż się zaparzy i wsypał trzyłyżeczki cukru. Shina skrzywił się zdegustowany.
- Kadaj? – Odezwał się wampir po około pół godziniemilczenia.
- Hmmm?
- Ten słaby kontakt… wtedy… to ty próbowałeś się ze mnąporozumieć? – Chłopak zakrztusił się i opluł herbatą pół stołu przed sobą.
- A co cię nagle zebrało na takie pytania? I jak nie ja, tokto? Sierotka Marysia?
Shina prychnął, spuszczając lekko głowę.
- Masz racje, koszmarnie głupie pytanie… więc to jednakbyłeś ty?
- Mhm – chłopak sięgał po kolejnego Tosta i wpakował sobiewilki kęs do buzi – ory, are a e oge eraz omaać…
- Dobrze, skoro nie chcesz gadać to posiedzimy sobie ipomilczymy… jak para osiemdziesięciolatków.
- Nie odmładzaj się, jesteś co najmniej dwa razy starszy niżosiemdziesięciolatek.
- Pięć.
- Co pięć?
- Tak piec, sześć razy starszy niż osiemdziesięciolatek.
- I jeszcze się nie rozpadłeś?
- Jak widać.
- Szkoda!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz