wtorek, 23 stycznia 2018

Bloodlust R24: Minuty, godziny, dni

- O bogowie… – tylko tyle udało mu się wyszeptać. Zrobiłkilka niepewnych kroków przed siebie, potem stanął. Jedną dłoń coraz silniejzaciskał na klamce. Drugą bezwiednie ścisnął w powietrzu. Niespokojny oddechstawał się coraz bardziej nieregularny, spazmatyczny. Zrobił jeszcze jedenkrok, potem opadł na kolana. Bezradnie wyciągnął ręce przed siebie, jakbychciał przytulić ten bezkształtny, okrwawiony kłębek bólu przed sobą, alepowstrzymał się w pół ruchu. Spojrzały na niego wielkie, idealnie okrągłe,przerażone oczy. Ich błękit był przygaszony, jakby zasnuty mgłą. Nie było wnich nawet iskierki uczucia, poza strachem. Na jego widok chłopak krzyknąłtylko słabo i odczołgał się do tyłu, potem skulił. Mamrotał coś cicho, alewampir nic z tego nie zrozumiał. Umysł chłopaka był jak wielka, otwarta rana.
Dopiero po dłuższej chwili był w stanie wykonać jakiś ruch.Uniósł dłonie przed siebie, w pokojowym geście. Potem zbliżył się bardziej.
- Kadaj… – wyszeptał niemal niesłyszalnie bezkrwistymiwargami. Potem odruchowo przygarnął do siebie jego okaleczone ciałko – Kadaj!Co on ci zrobił!?
Chłopak nie odpowiedział, tylko zatrząsł się mocniej. Niemiał pojęcia, o co chodzi, szarpał się słabo, jakby chciał uciec, ale nie miałszans na ucieczkę. Nie mógł nawet unieść własnej dłoni. Nie odzywał się, tylkopatrzył, a bródka trzęsła mu się coraz bardziej.
Shina pogłaskał go uspokajająco, niewiele to dało. Chciał gowziąć na ręce i wynieść z tego miejsca, ale nie bardzo wiedział, jak się dotego zabrać. Na skórze chłopaka nie było ani jednego zdrowego miejsca. Najpierwzdjął marynarkę i otulił go nią szczelnie, potem powoli wsunął mu ręce podkolana i pod ramiona. Były dramatycznie szczupłe, aż chude. Wstał, oddychając ciężko.Teraz żałował, że rozprawił się z Termariare tak szybko. Cały czas mówił dochłopaka, sam nie wiedział co, ale uspokajającym tonem. Nie działało. Zbliżającsię do wyjścia z budynku pocałował go lekko w czoło, ale to wywołało tylko jękstrachu i nowe łzy.
0o0o0

Ostrożnie wyniósł go z samochodu. Na szczęście w trakcie jazdy chłopak straciłświadomość. Shina nie potrafił słuchać jego płaczu. Wyniósł go na górę iskierował się do swojej łazienki. Nalał wody do wanny i delikatnie rozebrał goz resztek kimona. Czuł, jakby coś w jego wnętrzu rozpadało się na kawałki, zakażdym razem, kiedy patrzył na Kadaja.
Przesunął dłoni ponad powierzchnią wody, a ta jakbyskamieniała, na głębokości około dwudziestu centymetrów. Wsunął dłoń do wody isprawdził, czy magia wytrzyma ciężar chłopaka. Potem wsunął go delikatnie dośrodka. Jedną ręką podtrzymywał jego głowę, drugą bardzo powoli obmywałzranienia. Przy każdym pociągnięciu miękkiej myjki odnajdywał nowe śladyprzemocy. Chłopak był skrajnie wyczerpany. Cud, że w ogóle dożył do tej chwili.Według Shiny, nie powinien był tego przetrwać. Może nawet śmierć była by dlaniego łaskawsza.
Wyciągnął chłopaka z wody i owinął w miękki, puchatyręcznik. Ponownie wziął go na ręce i zaniósł do sypialni, kiedy kładł go napościeli ręcznik zmienił w kilku miejscach barwę na czerwoną. Sięgnął ponaszykowaną zawczasu skrzyneczkę z eliksirami, środkami dezynfekującymi ibandażami. Mógł wezwać lekarza, ale teraz Ne ufał nikomu, poza sobą. Ułożyłchłopaka na plecach i zaczął opatrywać. Gorsze rany zasklepiał swoją krwią. Naszczęście wampirza regeneracja działała także na śmiertelników.
0o0o0
Nagle Kadaj otworzył oczy i krzyknął słabo, głos miałprzeraźliwie zachrypnięty. Shina z trudem utrzymał go na miejscu, czuł jaki bólprzeżywał teraz chłopak, ale nie mógł nic poradzić, jeśli teraz by nie kończył,potem było by za późno. Zacisnął zęby, widząc ten wzrok, przywodzący na myśltylko skatowane zwierze. Chłopak odbierał go jako zagrożenie i to nie miało sięzbyt szybko zmienić.
Ścisnął jego dłoń delikatnie i dokończył leczenie. Potempodał mu środek uśmierzający ból i wodę.
- Pij – nakazał cicho. Chłopak tylko poruszył sięniespokojnie. Wampir sam musiał unieść i odchylić jego głowę, a następniepowoli wlać mu oba płyny go gardła. Chłopak zakrztusił się, ale niegroźnie,potem połknął wszystko. Potem Shina obrócił go delikatnie i zajął sięnakładaniem na jego plecy leczniczych specyfików.
- Wybacz, ale ja muszę to zrobić…
Nie byłby w stanie dopuścić do chłopaka nikogo, nawetzaufanego lekarza. Był pewien, że teraz Kadaj powinien mieć jak najmniejszy kontaktz obcymi, jeśli mają być w ogóle jakiekolwiek szanse, by wrócił do siebie.
Widział, jak jego wychudzone dłonie zaciskają się naprześcieradle. Zdawało się, że kości za chwilę przebiją naciągniętą,pergaminową skórę. Cieszył się, ze nie widzi jego twarzy, wciśniętej w miękkąpoduszkę. Nagle ciszę przerwał zupełnie niespodziewany szept.
- Kot… – Głos chłopaka był ochrypnięty, brzmiał obco, ażnieprzyjemnie. Dało się z niego wyczytać nutę zdziwienia, może nawet szoku –kot…
Blada dłoń z trudem przesunęła się po kontrastowoszkarłatnym materiale. Jednak kiedy chłopak chciał dotknąć pyska panterysłabość mu na to nie pozwoliła. Bezradnie poruszył palami i zacisnął dłoń wpięść. Tak powoli i niezgrabnie, jak nowo narodzone dziecko. Miętówkaprzysunęła łeb i polizała go z czułym wyrazem pyska. Shina głęboko w sercupoczuł uczucie zazdrości. Dlaczego chłopak wpatruje się tak w tego przeklętegokota? Dlaczego nie patrzy tak na niego? Shina nie miał pojęcia, kiedy Miętówkawtargnęła do pokoju. Nie był pewny, czy być z tego powodu niezadowolonym, czywręcz przeciwnie. Pochylił się i lekko odgarnął chłopakowi włosy z twarzy. Niedoczekał się reakcji.
- Tak… kot – zagryzł wargę, niepewny, co jeszcze dodać –Miętówka, to ona. Nic jej nie jest, widzisz?
- Mie… Miętówka… – Blade wargi z trudem artykułowałyimię kocicy.
- Tak, Miętówka… ale nie zajmuj się teraz kotem…powinieneś spać – Lekko dotknął dłonią głowy Kadaja – Śpij… – powiedziałcicho, chłopak momentalnie zamknął oczy. Odpłynął. Shina niemal konwulsyjnymruchem przyciągnął do siebie jego nieprzytomną sylwetkę.
- Aniołku… – wyszeptał, patrząc na twarz blondyna z bólem.Siedział tak jakiś czas… z trudem ponownie spojrzał na rany na ciele swojegotowarzysza. Potem wrócił do opatrywania go.
0o0o0
Minął dzień. Potem drugi i trzeci. Kadaj ciągle spał. Budziłsię na chwilę, najwyżej kilka minut. Pił wodę, nic nie jadł. Potem ponowniezasypiał. Te dni, a szczególnie późne nocne godziny były dla Shiny najgorsze.Walka z całych sił, by śmierć nie zabrała jego anioła na druga stronę. Bysamemu się nie poddać i nie oddać jej Kadaja dobrowolnie. Żeby nie zrobić u tejkrzywdy, którą uczyniono jemu, tyle lat wcześniej. Wampiryzm równie dobrze mógłbychłopaka ocalić, jak i zabić.
Pierwsze oznaki przytomności pojawiły się dopiero czwartegodnia, rano. Shina obudził się natychmiast, gdy tylko poczuł jak ktoś trąca go wramię. Niestety, to nie Kadaj. Miętówka wpatrywała się w niego wyczekująco, razpo raz trącając mordą jego opartą na brzegu łóżka rękę.
- Czego… – warknął zaspany. Zamarł, gdy usłyszał świstszybko wciąganego powietrza. Musiał warknąć byt głośno, lub zbyt ostro. Kadajpatrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Prawie nie oddychał. Ze strachu,dało się to wyczuć, po zapachu, jaki unosił się wokół niego. Shina odetchnąłdwa razy uspokajająco. Potem powoli odsunął się do łóżka. Blondyn nie rozluźniłsię nawet trochę.
Kiedy Shina się odsunął kocica wykorzystała okazję. Najpierwjedną, potem druga łapą wlazła na pościel. Łypiąc na wampira z niezadowoleniempowoli posuwała się na przód, aż wreszcie całym cielskiem leżała obok drżącegochłopaka. Ziewnęła, prezentując imponujące uzębienie i ułożyła mordę tuż, tużobok twarzy Kadaja. Ten wtulił się w nią ufnie jak dziecko. Kiedy zaczęła golizać po twarzy, po jego policzku potoczyło się kilka łez. Shina poderwał się,by ją odciągnąć, ale ona zawarczała ostrzegawczo. Chłopak tylko mocniej do niejprzylgnął. Wszystkie jego uczucia i myśli były mętne. Ale jednego był pewny,muskając chudymi palcami czarne jak noc futerko czuł niesamowitą ulgę. Jakbyktoś zdjął mu z serca ogromny głaz. Nie miał pojęcia, czego dotyczył, anidlaczego był z tego powodu szczęśliwy. Nie miał też pojęcia, dlaczego w sercutkwi jeszcze kilka innych iskier niepokoju. Ale na razie był szczęśliwy. Gdytylko tamten groźny mężczyzna się do niego nie zbliżał.
Kadaj nie wiedział, co ma myśleć o tej czarnej, ponurejpostaci. Jednocześnie kojarzyła mu się z bólem i szczęściem. Śmiechem i łzami.Panicznym strachem i palącą potrzebą bliskości. Napawała go przerażeniem. Byłtak podobny i tak różny od… Niego. Ale też go skrzywdził, kiedyś, dawniej. Wtym ogromnym wczoraj, które obejmowało całą przeszłość przed Tym Wieczorem.
Za jedną podążyły inne łzy. Już po chwili chłopak szlochałjak małe dziecko, z twarzą wciśniętą w kocie futro. Pantera nadal nie dawałaShinie zbliżyć się bardziej, niż na dwanaście kroków.
0o0o0
Dopuściła go dopiero, kiedy biedactwo usnęło, znużonepłaczem. Shina nie odganiał jej, tylko delikatnie ułożył chłopaka trochę bliżejsiebie. Nakrył go szczelniej kołdrą. Z czułością poprawił kołnierz własnejkoszuli, która pełniła rolę piżamy dla jego aniołka. Leżał kilka godzin, wbezruchu, patrząc na nieprzytomną twarz chłopaka. Kiedy ten zaczął otwieraćoczy, odsunął się nieznacznie. Tym razem chłopak nie zaczął uciekać.
- Spokojnie… – uniósł dłonie lekko i dotknął jegopoliczka. Kadja wzdrygnął się, ale nie uciekł – sam nie dasz rady zjeść –zaczął cicho, jakby tłumaczył coś rozkapryszonej pięciolatce – muszę ci pomóc.Nie możesz nie jeść. Rozumiesz? – Chłopak pokiwał głową twierdząco. – Terazobejmę cię lekko i posadzę. Potem nakarmię. Obiecuje, że nie zrobię ci żadnejkrzywdy, dobrze? – Znowu twierdzące kiwniecie. – Mogę cię dotknąć? – Kadajodetchnął kilka krotnie, warga lekko mu drżała. Mimo to odpowiedział.
- Tak.
Shinie nie trzeba było dalszej zachęty. Przytulił go lekko idźwignął. Zamówiony z kuchni rosół momentalnie nabrał takiej temperatury, jakabyła konieczna. Wampir nabrał nieco zupy, dmuchnął i podsunął ją blondynowi –Jedz… – poprosił – to naprawdę tylko jedzenie.
I Kadaj zaczął jeść.
0o0o0
Shina siedział w fotelu, czytając na głos. Bajki. Niewiedzieć dlaczego, ale pozwalały wyciszyć lęki chłopaka. Albo chodziło o lekkoznudzony ton głosy wampira, albo o nieustającą obecność. Najsmutniejsze baśnieAndersena koiły strach przed ciemnością… samotnym zamknięciem w pokoju…zbytnią bliskością… nawet lęk przed zwyczajną rozmową. Ale Kadaj lubiłsłuchać jego głosu. Miętówka siedziała obok niego, jak wierny pies strażnik. Zzaślinioną mordą opartą na kolanach Shiny. Łakomie spoglądała na z rzadkaprzegryzane przez chłopaka biszkopty.
Od czasu do czasu blondyn sięgał ku niej, gładząc aksamitnąsierść. Jeśli przypadkiem trącił Shinę, lub choćby fragment jego ubrania,truchlał wystraszony. I tak przez cały wieczór, od przeszło półtora tygodnia.
Skończył  opowieść opewnych czerwonych pantofelkach i sięgnął w kierunku lampki nocnej. Na jegonadgarstku zacisnęła się już nieco lepiej wyglądająca dłoń. Cichy głos poprosił– nie gaś! – Shina westchnął i machnął dłonią. Świeczki zgasły, ale ich blaskpozostał. Twarz rekonwalescenta rozjaśnił nikły uśmiech.
- Dziękuję…
- Śpij kochanie… – speszony chłopak odwrócił wzrok. Potemzamknął oczy. Magiczny blask znikł w chwili, kiedy zasnął.
0o0o0
Ranek minął podobnie, jak wszystkie poprzednie. Cichepopłakiwanie przez sen… Miętówka asystująca Kadajowi nawet w trakcie wizyt wtoalecie. Wiadomość o śmierci Nadii przyjął nawet spokojnie. Wampir spodziewałsię krzyków, płaczu, a tu nic. Wszystkie pozytywne uczucia w chłopaku, którepozostały z przeszłości ograniczały się do Miętówki. Prawdopodobnie do resztyzamkowej menażerii także. Ale tego Shina miał dosyć. Jak na wampira, na siebie,do tej pory był niesamowicie cierpliwy. Anielsko spokojny. Kiedyś jednak silnawola w nim pękła jak szklana tafla.
Było to wtedy, gdy Kadaj na nowo uczył się stawiać kroki.Czy może raczej testował wytrzymałość zaleczonych ścięgien. Przeszedł kilkakroków, przytrzymując się kamiennej ściany. Potem się zachwiał. Shina złapał gow ostatniej chwili. Ręce niemal bez udziału jego woli owinęły się zaborczodookoła talii blondyna, kolano wsunęło pomiędzy uda, usta spotkały drżące zestrachu wargi. Nie można by tego nawet nazwać pocałunkiem. Było tak subtelne idelikatne, jednak wystarczało, by przywołać bolesne wspomnienia. Kadaj zacząłpłakać.
Wampira otrzeźwił dopiero nagły ból w przedramieniu.Miętówka zaciskała kły na jego ręce i tylko odrobina dzieliła ją od zaciśnięciaszczęk tak mocno, by rozerwać zarówno materiał rękawa, jak i wampirzą skórę.Warczała gardłowo, w tak dziwny sposób, jak jeszcze nigdy dotychczas i ciągnęłaShinę do tyłu. Wampir cofnął się, z poczuciem winy patrząc w zaczerwienione,przestraszone oczy. Kiedy tylko się cofnął, chłopak zjechał plecami po ścianiei skulił się, bezradnie obejmując dłońmi ramiona.
- Kadaj? – W głosie wampira pobrzmiewała troska, prośba iból jednocześnie – Aniołku… nie… nie bój się. Ja nic ci nie zrobię…
Przysunął się nieznacznie, spomiędzy warg chłopaka wyrwałosię tylko krótkie – Nie! – Shina złapał jego dłoń i przyciągnął ją do siebielekko. Wargami delikatnie musnął jej wierzch.
- Nic ci tu nie grozi… niepłacz.
Płacz… nie płacz…a czy ty wiesz, jak… To boli? Nie… nie dotykaj mnie! –Ból i strach wyzierające z za błękitnych tęczówek nie dały się pominąć – Odsuń się… Jeszcze na chwilę… Ale nieodchodź, nie zostawiaj mnie samego! On zawsze przychodził, gdy byłem sam… Onjest gorszy, niż Ty… Ty słuchasz Kota… Kot… Miętówka…
- Miętówka! – Na ten rozpaczliwykrzyk kocica wepchnęła się pomiędzy pana, a niewolnika. Shina odstąpił. Tokocica doprowadziła drżącego blondynka do łóżka. To ona ułożyła się na obokniego i to do niej przylgnął ufnie.
Wampir mógł tylko wstać i usiąśćw fotelu. Obserwować zapadłe, blade jak księżyc policzki. Oraz czytać„Calineczkę” póki oddech Kadaja się nie unormował i póki nie zgasł magicznieprzyzwany blask. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz