- O bogowie… – tylko tyle udało mu
się wyszeptać. Zrobiłkilka niepewnych kroków przed siebie, potem stanął.
Jedną dłoń coraz silniejzaciskał na klamce. Drugą bezwiednie ścisnął w
powietrzu. Niespokojny oddechstawał się coraz bardziej nieregularny,
spazmatyczny. Zrobił jeszcze jedenkrok, potem opadł na kolana. Bezradnie
wyciągnął ręce przed siebie, jakbychciał przytulić ten bezkształtny,
okrwawiony kłębek bólu przed sobą, alepowstrzymał się w pół ruchu.
Spojrzały na niego wielkie, idealnie okrągłe,przerażone oczy. Ich błękit
był przygaszony, jakby zasnuty mgłą. Nie było wnich nawet iskierki
uczucia, poza strachem. Na jego widok chłopak krzyknąłtylko słabo i
odczołgał się do tyłu, potem skulił. Mamrotał coś cicho, alewampir nic z
tego nie zrozumiał. Umysł chłopaka był jak wielka, otwarta rana.
Dopiero po dłuższej chwili był w
stanie wykonać jakiś ruch.Uniósł dłonie przed siebie, w pokojowym
geście. Potem zbliżył się bardziej.
- Kadaj… – wyszeptał niemal
niesłyszalnie bezkrwistymiwargami. Potem odruchowo przygarnął do siebie
jego okaleczone ciałko – Kadaj!Co on ci zrobił!?
Chłopak nie odpowiedział, tylko
zatrząsł się mocniej. Niemiał pojęcia, o co chodzi, szarpał się słabo,
jakby chciał uciec, ale nie miałszans na ucieczkę. Nie mógł nawet unieść
własnej dłoni. Nie odzywał się, tylkopatrzył, a bródka trzęsła mu się
coraz bardziej.
Shina pogłaskał go uspokajająco,
niewiele to dało. Chciał gowziąć na ręce i wynieść z tego miejsca, ale
nie bardzo wiedział, jak się dotego zabrać. Na skórze chłopaka nie było
ani jednego zdrowego miejsca. Najpierwzdjął marynarkę i otulił go nią
szczelnie, potem powoli wsunął mu ręce podkolana i pod ramiona. Były
dramatycznie szczupłe, aż chude. Wstał, oddychając ciężko.Teraz żałował,
że rozprawił się z Termariare tak szybko. Cały czas mówił dochłopaka,
sam nie wiedział co, ale uspokajającym tonem. Nie działało. Zbliżającsię
do wyjścia z budynku pocałował go lekko w czoło, ale to wywołało tylko
jękstrachu i nowe łzy.
0o0o0
Ostrożnie wyniósł go z samochodu. Na szczęście w trakcie jazdy chłopak straciłświadomość. Shina nie potrafił słuchać jego płaczu. Wyniósł go na górę iskierował się do swojej łazienki. Nalał wody do wanny i delikatnie rozebrał goz resztek kimona. Czuł, jakby coś w jego wnętrzu rozpadało się na kawałki, zakażdym razem, kiedy patrzył na Kadaja.
Przesunął dłoni ponad powierzchnią
wody, a ta jakbyskamieniała, na głębokości około dwudziestu centymetrów.
Wsunął dłoń do wody isprawdził, czy magia wytrzyma ciężar chłopaka.
Potem wsunął go delikatnie dośrodka. Jedną ręką podtrzymywał jego głowę,
drugą bardzo powoli obmywałzranienia. Przy każdym pociągnięciu miękkiej
myjki odnajdywał nowe śladyprzemocy. Chłopak był skrajnie wyczerpany.
Cud, że w ogóle dożył do tej chwili.Według Shiny, nie powinien był tego
przetrwać. Może nawet śmierć była by dlaniego łaskawsza.
Wyciągnął chłopaka z wody i owinął w
miękki, puchatyręcznik. Ponownie wziął go na ręce i zaniósł do
sypialni, kiedy kładł go napościeli ręcznik zmienił w kilku miejscach
barwę na czerwoną. Sięgnął ponaszykowaną zawczasu skrzyneczkę z
eliksirami, środkami dezynfekującymi ibandażami. Mógł wezwać lekarza,
ale teraz Ne ufał nikomu, poza sobą. Ułożyłchłopaka na plecach i zaczął
opatrywać. Gorsze rany zasklepiał swoją krwią. Naszczęście wampirza
regeneracja działała także na śmiertelników.
0o0o0
Nagle Kadaj otworzył oczy i krzyknął
słabo, głos miałprzeraźliwie zachrypnięty. Shina z trudem utrzymał go
na miejscu, czuł jaki bólprzeżywał teraz chłopak, ale nie mógł nic
poradzić, jeśli teraz by nie kończył,potem było by za późno. Zacisnął
zęby, widząc ten wzrok, przywodzący na myśltylko skatowane zwierze.
Chłopak odbierał go jako zagrożenie i to nie miało sięzbyt szybko
zmienić.
Ścisnął jego dłoń delikatnie i dokończył leczenie. Potempodał mu środek uśmierzający ból i wodę.
- Pij – nakazał cicho. Chłopak tylko
poruszył sięniespokojnie. Wampir sam musiał unieść i odchylić jego
głowę, a następniepowoli wlać mu oba płyny go gardła. Chłopak zakrztusił
się, ale niegroźnie,potem połknął wszystko. Potem Shina obrócił go
delikatnie i zajął sięnakładaniem na jego plecy leczniczych specyfików.
- Wybacz, ale ja muszę to zrobić…
Nie byłby w stanie dopuścić do
chłopaka nikogo, nawetzaufanego lekarza. Był pewien, że teraz Kadaj
powinien mieć jak najmniejszy kontaktz obcymi, jeśli mają być w ogóle
jakiekolwiek szanse, by wrócił do siebie.
Widział, jak jego wychudzone dłonie
zaciskają się naprześcieradle. Zdawało się, że kości za chwilę przebiją
naciągniętą,pergaminową skórę. Cieszył się, ze nie widzi jego twarzy,
wciśniętej w miękkąpoduszkę. Nagle ciszę przerwał zupełnie
niespodziewany szept.
- Kot… – Głos chłopaka był
ochrypnięty, brzmiał obco, ażnieprzyjemnie. Dało się z niego wyczytać
nutę zdziwienia, może nawet szoku –kot…
Blada dłoń z trudem przesunęła się
po kontrastowoszkarłatnym materiale. Jednak kiedy chłopak chciał dotknąć
pyska panterysłabość mu na to nie pozwoliła. Bezradnie poruszył palami i
zacisnął dłoń wpięść. Tak powoli i niezgrabnie, jak nowo narodzone
dziecko. Miętówkaprzysunęła łeb i polizała go z czułym wyrazem pyska.
Shina głęboko w sercupoczuł uczucie zazdrości. Dlaczego chłopak wpatruje
się tak w tego przeklętegokota? Dlaczego nie patrzy tak na niego? Shina
nie miał pojęcia, kiedy Miętówkawtargnęła do pokoju. Nie był pewny, czy
być z tego powodu niezadowolonym, czywręcz przeciwnie. Pochylił się i
lekko odgarnął chłopakowi włosy z twarzy. Niedoczekał się reakcji.
- Tak… kot – zagryzł wargę, niepewny, co jeszcze dodać –Miętówka, to ona. Nic jej nie jest, widzisz?
- Mie… Miętówka… – Blade wargi z trudem artykułowałyimię kocicy.
- Tak, Miętówka… ale nie zajmuj się
teraz kotem…powinieneś spać – Lekko dotknął dłonią głowy Kadaja – Śpij… –
powiedziałcicho, chłopak momentalnie zamknął oczy. Odpłynął. Shina
niemal konwulsyjnymruchem przyciągnął do siebie jego nieprzytomną
sylwetkę.
- Aniołku… – wyszeptał, patrząc na
twarz blondyna z bólem.Siedział tak jakiś czas… z trudem ponownie
spojrzał na rany na ciele swojegotowarzysza. Potem wrócił do opatrywania
go.
0o0o0
Minął dzień. Potem drugi i trzeci.
Kadaj ciągle spał. Budziłsię na chwilę, najwyżej kilka minut. Pił wodę,
nic nie jadł. Potem ponowniezasypiał. Te dni, a szczególnie późne nocne
godziny były dla Shiny najgorsze.Walka z całych sił, by śmierć nie
zabrała jego anioła na druga stronę. Bysamemu się nie poddać i nie oddać
jej Kadaja dobrowolnie. Żeby nie zrobić u tejkrzywdy, którą uczyniono
jemu, tyle lat wcześniej. Wampiryzm równie dobrze mógłbychłopaka ocalić,
jak i zabić.
Pierwsze oznaki przytomności
pojawiły się dopiero czwartegodnia, rano. Shina obudził się natychmiast,
gdy tylko poczuł jak ktoś trąca go wramię. Niestety, to nie Kadaj.
Miętówka wpatrywała się w niego wyczekująco, razpo raz trącając mordą
jego opartą na brzegu łóżka rękę.
- Czego… – warknął zaspany. Zamarł,
gdy usłyszał świstszybko wciąganego powietrza. Musiał warknąć byt
głośno, lub zbyt ostro. Kadajpatrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Prawie nie oddychał. Ze strachu,dało się to wyczuć, po zapachu, jaki
unosił się wokół niego. Shina odetchnąłdwa razy uspokajająco. Potem
powoli odsunął się do łóżka. Blondyn nie rozluźniłsię nawet trochę.
Kiedy Shina się odsunął kocica
wykorzystała okazję. Najpierwjedną, potem druga łapą wlazła na pościel.
Łypiąc na wampira z niezadowoleniempowoli posuwała się na przód, aż
wreszcie całym cielskiem leżała obok drżącegochłopaka. Ziewnęła,
prezentując imponujące uzębienie i ułożyła mordę tuż, tużobok twarzy
Kadaja. Ten wtulił się w nią ufnie jak dziecko. Kiedy zaczęła golizać po
twarzy, po jego policzku potoczyło się kilka łez. Shina poderwał się,by
ją odciągnąć, ale ona zawarczała ostrzegawczo. Chłopak tylko mocniej do
niejprzylgnął. Wszystkie jego uczucia i myśli były mętne. Ale jednego
był pewny,muskając chudymi palcami czarne jak noc futerko czuł
niesamowitą ulgę. Jakbyktoś zdjął mu z serca ogromny głaz. Nie miał
pojęcia, czego dotyczył, anidlaczego był z tego powodu szczęśliwy. Nie
miał też pojęcia, dlaczego w sercutkwi jeszcze kilka innych iskier
niepokoju. Ale na razie był szczęśliwy. Gdytylko tamten groźny mężczyzna
się do niego nie zbliżał.
Kadaj nie wiedział, co ma myśleć o
tej czarnej, ponurejpostaci. Jednocześnie kojarzyła mu się z bólem i
szczęściem. Śmiechem i łzami.Panicznym strachem i palącą potrzebą
bliskości. Napawała go przerażeniem. Byłtak podobny i tak różny od…
Niego. Ale też go skrzywdził, kiedyś, dawniej. Wtym ogromnym wczoraj,
które obejmowało całą przeszłość przed Tym Wieczorem.
Za jedną podążyły inne łzy. Już po
chwili chłopak szlochałjak małe dziecko, z twarzą wciśniętą w kocie
futro. Pantera nadal nie dawałaShinie zbliżyć się bardziej, niż na
dwanaście kroków.
0o0o0
Dopuściła go dopiero, kiedy
biedactwo usnęło, znużonepłaczem. Shina nie odganiał jej, tylko
delikatnie ułożył chłopaka trochę bliżejsiebie. Nakrył go szczelniej
kołdrą. Z czułością poprawił kołnierz własnejkoszuli, która pełniła rolę
piżamy dla jego aniołka. Leżał kilka godzin, wbezruchu, patrząc na
nieprzytomną twarz chłopaka. Kiedy ten zaczął otwieraćoczy, odsunął się
nieznacznie. Tym razem chłopak nie zaczął uciekać.
- Spokojnie… – uniósł dłonie lekko i
dotknął jegopoliczka. Kadja wzdrygnął się, ale nie uciekł – sam nie
dasz rady zjeść –zaczął cicho, jakby tłumaczył coś rozkapryszonej
pięciolatce – muszę ci pomóc.Nie możesz nie jeść. Rozumiesz? – Chłopak
pokiwał głową twierdząco. – Terazobejmę cię lekko i posadzę. Potem
nakarmię. Obiecuje, że nie zrobię ci żadnejkrzywdy, dobrze? – Znowu
twierdzące kiwniecie. – Mogę cię dotknąć? – Kadajodetchnął kilka
krotnie, warga lekko mu drżała. Mimo to odpowiedział.
- Tak.
Shinie nie trzeba było dalszej
zachęty. Przytulił go lekko idźwignął. Zamówiony z kuchni rosół
momentalnie nabrał takiej temperatury, jakabyła konieczna. Wampir nabrał
nieco zupy, dmuchnął i podsunął ją blondynowi –Jedz… – poprosił – to
naprawdę tylko jedzenie.
I Kadaj zaczął jeść.
0o0o0
Shina siedział w fotelu, czytając na
głos. Bajki. Niewiedzieć dlaczego, ale pozwalały wyciszyć lęki
chłopaka. Albo chodziło o lekkoznudzony ton głosy wampira, albo o
nieustającą obecność. Najsmutniejsze baśnieAndersena koiły strach przed
ciemnością… samotnym zamknięciem w pokoju…zbytnią bliskością… nawet lęk
przed zwyczajną rozmową. Ale Kadaj lubiłsłuchać jego głosu. Miętówka
siedziała obok niego, jak wierny pies strażnik. Zzaślinioną mordą opartą
na kolanach Shiny. Łakomie spoglądała na z rzadkaprzegryzane przez
chłopaka biszkopty.
Od czasu do czasu blondyn sięgał ku
niej, gładząc aksamitnąsierść. Jeśli przypadkiem trącił Shinę, lub
choćby fragment jego ubrania,truchlał wystraszony. I tak przez cały
wieczór, od przeszło półtora tygodnia.
Skończył opowieść
opewnych czerwonych pantofelkach i sięgnął w kierunku lampki nocnej. Na
jegonadgarstku zacisnęła się już nieco lepiej wyglądająca dłoń. Cichy
głos poprosił– nie gaś! – Shina westchnął i machnął dłonią. Świeczki
zgasły, ale ich blaskpozostał. Twarz rekonwalescenta rozjaśnił nikły
uśmiech.
- Dziękuję…
- Śpij kochanie… – speszony chłopak odwrócił wzrok. Potemzamknął oczy. Magiczny blask znikł w chwili, kiedy zasnął.
0o0o0
Ranek minął podobnie, jak wszystkie
poprzednie. Cichepopłakiwanie przez sen… Miętówka asystująca Kadajowi
nawet w trakcie wizyt wtoalecie. Wiadomość o śmierci Nadii przyjął nawet
spokojnie. Wampir spodziewałsię krzyków, płaczu, a tu nic. Wszystkie
pozytywne uczucia w chłopaku, którepozostały z przeszłości ograniczały
się do Miętówki. Prawdopodobnie do resztyzamkowej menażerii także. Ale
tego Shina miał dosyć. Jak na wampira, na siebie,do tej pory był
niesamowicie cierpliwy. Anielsko spokojny. Kiedyś jednak silnawola w nim
pękła jak szklana tafla.
Było to wtedy, gdy Kadaj na nowo
uczył się stawiać kroki.Czy może raczej testował wytrzymałość
zaleczonych ścięgien. Przeszedł kilkakroków, przytrzymując się kamiennej
ściany. Potem się zachwiał. Shina złapał gow ostatniej chwili. Ręce
niemal bez udziału jego woli owinęły się zaborczodookoła talii blondyna,
kolano wsunęło pomiędzy uda, usta spotkały drżące zestrachu wargi. Nie
można by tego nawet nazwać pocałunkiem. Było tak subtelne idelikatne,
jednak wystarczało, by przywołać bolesne wspomnienia. Kadaj
zacząłpłakać.
Wampira otrzeźwił dopiero nagły ból w
przedramieniu.Miętówka zaciskała kły na jego ręce i tylko odrobina
dzieliła ją od zaciśnięciaszczęk tak mocno, by rozerwać zarówno materiał
rękawa, jak i wampirzą skórę.Warczała gardłowo, w tak dziwny sposób,
jak jeszcze nigdy dotychczas i ciągnęłaShinę do tyłu. Wampir cofnął się,
z poczuciem winy patrząc w zaczerwienione,przestraszone oczy. Kiedy
tylko się cofnął, chłopak zjechał plecami po ścianiei skulił się,
bezradnie obejmując dłońmi ramiona.
- Kadaj? – W głosie wampira pobrzmiewała troska, prośba iból jednocześnie – Aniołku… nie… nie bój się. Ja nic ci nie zrobię…
Przysunął się nieznacznie, spomiędzy
warg chłopaka wyrwałosię tylko krótkie – Nie! – Shina złapał jego dłoń i
przyciągnął ją do siebielekko. Wargami delikatnie musnął jej wierzch.
- Nic ci tu nie grozi… niepłacz.
Płacz… nie płacz…a czy ty wiesz, jak… To boli? Nie… nie dotykaj mnie! –Ból i strach wyzierające z za błękitnych tęczówek nie dały się pominąć – Odsuń
się… Jeszcze na chwilę… Ale nieodchodź, nie zostawiaj mnie samego! On
zawsze przychodził, gdy byłem sam… Onjest gorszy, niż Ty… Ty słuchasz
Kota… Kot… Miętówka…
- Miętówka! – Na ten
rozpaczliwykrzyk kocica wepchnęła się pomiędzy pana, a niewolnika. Shina
odstąpił. Tokocica doprowadziła drżącego blondynka do łóżka. To ona
ułożyła się na obokniego i to do niej przylgnął ufnie.
Wampir mógł tylko wstać i
usiąśćw fotelu. Obserwować zapadłe, blade jak księżyc policzki. Oraz
czytać„Calineczkę” póki oddech Kadaja się nie unormował i póki nie zgasł
magicznieprzyzwany blask.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz